Wigilia u Starokatolików

Ten rok przyniósł tyle zmian, że także jego finał musiał być niezwykły. I był.
To, że tak bardzo zaangażowałam się w studia biblijne ze Świadkami Jehowy uzmysłowiło mi jedno, że ja bardzo lgnę do Boga. Mimo, że tyle lat wydawało mi się, że nasze drogi rozeszły się na zawsze, On był cały czas obok mnie, czego dowody dostawałam od czasu do czasu.
Myślę, że dlatego tak przylgnęłam do Świadków Jehowy. Szybko okazało się, że potrzebuję Jego bliskości. Coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, ile ta obecność dla mnie znaczy. I wreszcie przekonałam się o tym w ten Wigilijny Wieczór, który spędziłam w Kaplicy Reformowanego Kościoła Katolickiego.
Ten dzień zaczął się bardzo wcześnie. Wstałam o 6 rano, by o 7 być już w Kaplicy i wziąć udział w ostatnich Roratach tego Adwentu. Potem czekałam niecierpliwie do wieczora.
Przygotowałam strój, zapakowałam produkty i poszłam na miejsce.P1060100
I zaczęło się. Ustawiliśmy stół w kaplicy. Wyprasowałam dwa obrusy. Tomek odgrzewał potrawy. Ja szykowałam zastawę. Potem nosiliśmy gotowe potrawy na stół. Wreszcie wszystko było gotowe i stanęliśmy przy stole wigilijnym. I tu pierwsze zaskoczenie. Tomek zaproponował mi, bym odmówiła modlitwę. Mimo, że byłam wychowywana w religijnej rodzinie, nie pamiętam, bym brała kiedykolwiek udział w modlitwie przed jedzeniem, nawet w tak uroczystym momencie, jak Wieczerza Wigilijna. Oczywiście z radością ją odmówiłam, złożyliśmy sobie życzenia, podzieliśmy się opłatkiem i usiedliśmy do stołu. Cały czas czułam się niezwykle. Byłam elegancko ubrana, był cudowny podniosły nastrój. Potrawy smakowały wyśmienicie. Zaczęliśmy Wieczerzę o 21. około 22.30 przyszły Ania z Asią, a my cały czas siedzieliśmy przy stole. Rozmowy. Bardzo ciekawe, obracające się dookoła tematyki Bożonarodzeniowej, ale także nas samych. Tak fajnie było móc porozmawiać o różnych ważnych sprawach w takim fajnym klimacie. Od razu stanęły mi w pamięci wspólne Wieczerze rodzinne, gdzie każdy czekał tylko, kiedy będzie mógł wstać od stołu. A tutaj nam się od stołu nie chciało wstawać. Dziewczyny się dosiadły i dyskusja trwała dalej. Potem musieliśmy wreszcie wstać i zabrać się za sprzątanie, bo zbliżał się czas Pasterki. Podczas sprzątania rozmawiałam z Asią o wierze w Boga. Tak fajnie było móc powiedzieć, że wierzę, że nie mam wątpliwości, że doskonale się z tym czuję. Czułam dokładnie to, co mówiłam. Byłam kompletnie zgodna z tym, co mówiłam. W przypadku wiary tak było chyba pierwszy raz w życiu, gdyż do tej pory, mówiąc o mojej wierze, zawsze podkreślałam pewne wątpliwości, braki, jakie mojej wierze towarzyszyły. Dopiero poznanie Tomka i tej Wspólnoty Starokatolickiej pozwoliło mi mówić o mojej wierze tak zgodnie z tym, co czułam.
Powoli zbliżał się czas Pasterki. Podzieliłyśmy się z dziewczynami obowiązkami. Ja tym razem miałam zaśpiewać Psalm Responsoryjny i Hymn Alleluja przed Ewangelią. Już niedługo miało się okazać, że będę miała całkiem spore audytorium, gdyż przybyło jeszcze parę osób na pasterkę, tak, że musieliśmy dostawić krzesła a Kaplica była pełna. Przyszedł też przyjaciel naszego Prezbitera Tomka, ksiądz katolicki, więc tym bardziej czułam się niezwykle.
Byłam już na wielu pasterkach, ale ta była najwspanialsza. Właśnie poprzez swoją kameralność, ale także poprzez autentyczną radość i uniesienie, jakie nam towarzyszyło. Zaśpiewałam Psalm tak, że nie musiałam się wstydzić. Byłam zadowolona z wykonania. Podczas pasterki śpiewaliśmy kolędy, znane mi w wersji angielskiej, które bardzo lubię i nie miałam pojęcia, że mają swoje wersje po polsku.
Czułam ten podniosły nastrój i ponownie zdałam sobie sprawę, jak wiara jest dla mnie ważna.
Jak Bóg i Jego Syn oraz Duch Święty są dla mnie ważni.
Jak wspaniałe jest móc uczestniczyć w Eucharystii i rozumieć, co i dlaczego się dzieje.
Świadkowie Jehowy bardzo wiele tracą przez to, że zrezygnowali z celebracji. Zwłaszcza podczas Pasterki w pełni sobie uzmysłowiłam, jak wiele bym straciła, gdybym nadal próbowała szukać swojej drogi do Boga w organizacji Świadków. Jak wiele bym straciła nie mogąc świętować narodzenia Chrystusa. Niezwykle ciekawa była Homilia, w której Prezbiter uzmysłowił nam, jak wielką miłość wykazał Bóg, dając nam swojego Syna w taki sposób, w jaki to się stało. Przecież Jezus przyszedł na świat kompletnie bezbronny i zdany na nas, ludzi. Od razu stanęły mi obrazy z mojego życia, które przytaczam w swojej pierwszej książce, opowieść o pierwszej kąpieli mojego synka. Wyobraziłam sobie, że przecież Pan Jezus był tak samo bezbronny ale i tak samo ufny w to, że jego rodzice dadzą Mu to, co my z żoną dałyśmy naszemu synkowi. To było takie wzruszające i niezwykłe. Praktycznie przy okazji każdej kolejnej Eucharystii jak i rozmów z Tomkiem, Dobromiłem czy z innymi wiernymi, przekonywałam się, jak wspaniałe miejsce do wielbienia Boga odkryłam. Do jak wspaniałej wspólnoty Chrześcijan zostałam zaproszona.
Zakończenie Pasterki przeszło płynnie w kolejne wydarzenie, które dało mi wiele do myślenia. Myślenia o tym, kim się staję. Kolędy podobały mi się od zawsze. Lubiłam je śpiewać ale robiłam to tylko, gdy byłam sama. Nigdy nie śpiewało się kolęd w moim rodzinnym ani małżeńskim domu. Oczywiście, w kościele śpiewałam, ale bardziej na zasadzie otwierania ust. I nagle zaczynam śpiewać. Podczas strojenia choinki, podczas ustawiania szopki, podczas szykowania Wieczerzy i wreszcie w trakcie wspólnego śpiewania kolęd po Pasterce. Nagle zdałam sobie sprawę, że śpiewam z radością, swobodą, że cieszę się tymi słowami, że nawet mój głos się dostosowuje. Czułam się swobodnie, pewnie, byłam szczęśliwa i radosna. Wracając do domu, nuciłam. Ścieląc łóżko, śpiewałam.
Co się takiego stało, że stałam się taka swobodna w wyrażaniu swojej wiary, w pokazywaniu, że sprawia mi radość? Odpowiedź jest prosta. Pierwszy raz poczułam autentycznie to, czego szukałam tyle lat. Wreszcie czułam się dokładnie tam, gdzie być powinnam. Już podczas obu mszy pogrzebowych moich rodziców czułam ten podniosły nastrój. Cieszyłam, się, że jestem w Kościele, że biorę udział w Eucharystii, byłam smutna, że nie mogę przystąpić do Komunii. Teraz wreszcie dostąpiłam w pełni Eucharystii. Uwierzyłam też wreszcie, że Bóg w Trójcy Świętej wybaczył mi to, co musiałam kiedyś zrobić, a czego ja sama nie umiałam sobie wybaczyć. Uwierzyłam, bo zbyt wiele radości i spokoju towarzyszyło mi podczas udziału w Eucharystiach, bym mogła mieć wątpliwości. Szczerze żałuję tego, co musiałam zrobić i w różny sposób próbowałam temu zadośćuczynić. Uwierzyłam, że to zamknięty rozdział a klucz został wyrzucony w nicość.
W pierwszy dzień Świąt podczas wspólnego obiadu z Prezbiterem powiedziałam, że chcę przystąpić do wspólnoty.
W okresie oktawy Bożonarodzeniowej odwiedziłam kilka kościołów. Poszłam sobie zobaczyć szopki. Byłam min w Katedrze, Farze, u Franciszkanów, u Benedyktynów. Wszędzie czułam dokładnie to, co zawsze odczuwałam i cieszyłam się, że ponownie mogę wchodzić do kościoła w konkretnym celu.
Nie jestem hipokrytką, dlatego, gdy uważałam, że moje drogi z Bogiem się rozeszły, czułam, że nie mam prawa wchodzić do kościołów. Dopiero, jak zaczęłam spotykać się ze Świadkami Jehowy, to się zmieniło, chociaż akurat oni z tego zadowoleni nie byli (wspomniałam o mojej letniej wizycie w katedrze). Jednak już podczas mszy pogrzebowej mojego ojca potrafiłam wczuć się w ten nastrój, czego nie było jeszcze rok wcześniej, podczas mszy pogrzebowej mamy.
Teraz wreszcie nie miałam żadnych skrupułów. Rozmawiałam z Tomkiem, Prezbiterem naszej wspólnoty, czy uczestnictwo w mszy rzymskokatolickiej jest akceptowane. Usłyszałam, że jak najbardziej, że kanon mamy ten sam. Że jak będę gdzieś, gdzie nie będę mogła uczestniczyć w Eucharystii Reformowanych Katolików, mogę iść na mszę rzymsko-katolicką.
Czułam się bardzo fajnie, gdy mogłam sobie usiąść w ławce i pomyśleć, pomodlić się, skupić się. Byłam już pewna, że będę to robiła częściej. Przypomniałam sobie, jak lubiłam kiedyś chodzić do kościoła. Jak całą czwartą klasę liceum codziennie rano, idąc do szkoły, wchodziłam na parę minut do kościoła. I nie robiłam tego pod przymusem, albo z przyzwyczajenia, albo, bo inni szli. Ja tego chciałam i czułam, że to coś dobrego.
Praktycznie każda wizyta była dla mnie ważna i cieszyłam się nią. Coraz bardziej przekonywałam się, ile dla mnie znaczy udział w Eucharystii i czekałam na 6 stycznia.
Uroczystość Epifamii 6 stycznia była dla mnie wielkim przeżyciem. Wiedziałam, że będę musiała odczytać list intencyjny do wspólnoty. Nie napisałam go, bo dokładnie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Gdy stanęłam przy mównicy słowa same płynęły z moich ust. Potem nastąpiła bardzo podniosła uroczystość, w trakcie której zostałam przyjęta do wspólnoty. Po mszy Tomek powiedział, że jednak potrzebowałby mojego listu, więc po powrocie napisałam go.
Potem napisałam o tym tutaj, na blogu i zilustrowałam wpis kilkoma zdjęciami.
Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co się dzieje. Zaczęłam zadawać sobie pytania. Dosyć szybko dostałam odpowiedź. Być może to, że od tylu lat jestem sama i to, że nauczyłam się żyć w samotności, nie było bez celu. W naszej wspólnocie nie ma obowiązku celibatu, ale ja, gdybym kiedykolwiek została osobą duchowną, nie chciałabym być z kimś związana. Na pewno duże znaczenie ma tutaj to, że mam już za sobą małżeństwo, macierzyństwo i kilka związków. Jednak wiem też, że drzemią we mnie gorące uczucia miłości, które szukają cały czas ujścia. Zaczęłam pytać siebie, czy ta miłość nie czekała właśnie na to? Na to, czego jeszcze nie chcę nazwać, bo to dopiero pierwsza myśl, bardzo nieśmiała, ale na tyle poważna, że od razu podzieliłam się nią z Tomkiem. Wiem, że cokolwiek się wydarzy, długa droga jeszcze przede mną. Jednak pierwszy krok zrobiłam, a właściwie dwa. Pierwszy to dopuszczenie do siebie tej myśli i przyjęcie jej z radością i spokojem. Drugi, to decyzja przyjęcia na siebie obowiązków liturgicznej służby ołtarza w naszej Wspólnocie. Wiązało się to z poznaniem zasad usługiwania do mszy. Już kilka dni później przeszłam pierwsze praktyczne szkolenie w tym zakresie. Uczyłam się liturgii i znaczenia poszczególnych jej elementów. Uczyłam się, jak się zachowywać, jak rozpalać i podawać kadzidło, kielich i naczynia z wodą i winem. Zaczęłam poznawać inne sposoby śpiewu. Zaczynałam rozumieć coraz bardziej, jak pięknym i jak pełnym ważnej symboliki jest celebracja Eucharystii.
Z upływem czasu moje uczestnictwo w życiu naszej małej wspólnoty unormowało się. Brałam czynny udział w planach, pomagałam przy realizacji różnych projektów, ale przede wszystkim chłonęłam to, co chciał mi powiedzieć Bóg. Czułam Jego obecność i starałam się w miarę często korzystać w tego daru, jakim jest msza. W niedługi czas po tym, jak pojawiła się myśl, o której wspomniałam wcześniej, podjęłam ważne decyzje w związku z moimi dalszymi planami życiowymi i zawodowymi. Fakt, że w ramach tych działań postanowiłam działać na rzecz osób potrzebujących pomocy pozwolił mi zweryfikować swoje plany. Nauczyłam się czegoś nowego, bardzo cennego, nauczyłam się słuchać siebie i ufać, że gdy podejmuję decyzję, Bóg jest obok. Skoro więc skierowałam swoje plany w takim kierunku a nie w innym, nie czułam, że się sprzeniewierzam. Wręcz przeciwnie, byłam przekonana, że tak powinnam zrobić. Więc zrobiłam. Natomiast jedno się nie zmieniło, czułam, że dobrze mi z tym, że jestem blisko Boga, że wpuściłam Go z powrotem do siebie, i nie zamierzam już się od Niego odwracać.
Całkiem niedawno, przy okazji dnia kobiet, Tomek wywołał dyskusję o roli kobiet w Kościele.
Kobieta jako oblubienica Boga. Kobieta jako Kościół. Od samego początku czułam się bardzo dobrze we Wspólnocie. Nie miałam tego u Świadków. Tam jednak temat tego, kim jestem, wracał co jakiś czas. Zwłaszcza w kontekście roli mężczyzny i kobiety w Zborze. Jakże różnej od tej, o jakiej mówił nam Tomasz.

DSC_1548 DSC_1549
Poznaliśmy się w listopadzie 2016 roku, gdy Tomek zaproponował, że odmówi modlitwę podczas uroczystości ku pamięci ofiar trans, którą zorganizowałam. Nigdy nie zapomnę tych dwóch minut, gdy słuchałam, jak Tomek modlił się za moje siostry i braci zamordowanych za to, że chcieli być sobą. Bardzo się wzruszyłam, gdy kilka dni temu Tomek powiedział, że mam na siebie uważać, bo On nie chce mnie w listopadzie wspominać…
Tego dnia, 20 listopada 2016 roku zaczął się mój powolny exodus z formy aktywizmu LGBTQIA, w który dopiero weszłam na dobre. I nie żałuję. Bo także tego dnia rozpoczęła się moja wędrówka duchowa do tego, by stać się jedną z kobiet Kościoła, jedną z tych, dla których Bóg w Trójcy Świętej zaczął tak wiele znaczyć. Czuję tą niezwykłą rolę, jaką spełniam. Rolę kobiety.
Gdy Tomek zapraszał mnie na Eucharystię, nie myślałam, że jak przyjdę, to zostanę. Nie myślałam, że poznam tylu wspaniałych ludzi. Że cały czas będę ich poznawała. Ludzi niezwykle zorientowanych na drugiego człowieka, w taki sposób, który mi bardzo odpowiada. Bez zbędnych fajerwerków i bez zbytniej nachalności. Ludzi, którzy przychodzą i dostają to, czego oczekują, czego poszukują. Tomek stał się dla mnie prawdziwym przewodnikiem. Bardzo dużo z nim rozmawiałam przez te kilka miesięcy. Poruszaliśmy bardzo wiele ważnych tematów. Mogłam się wypłakać, gdy padłam ofiarą kolejnego ataku, a Tomek po prostu chwycił mnie wtedy za rękę i czekał. Zawsze ma dla mnie czas, zawsze odpowie na pytanie.
Niezwykłe dla mnie jest coś jeszcze. Często temat poruszany podczas Homilii, Studium Biblijnego czy po prostu rozmowy przy kuchennym stole porusza temat, który akurat jest bardzo bliski temu, z czym borykam się w danej chwili. I nie tylko ja tak mam. Ta mała Kaplica, w której nie da się być daleko, tworzy niezwykłą atmosferę intymności do rozmów o tym, co ważne, co porusza do głębi. Nie dziwię się już, że tak często tam bywam. Idę, zapalam świece, rozpalam kadzidło…I dziękuję Bogu, że postawił na mojej drodze Tomka.

P1060064

2 thoughts on “Wigilia u Starokatolików”

  1. Kolejny dobry post 🙂
    Przyznam, że podchodzę z dużą rezerwą do wierzących transseksualistów (to znaczy do tych z nich, którzy są chrześcijanami, bo wierzący to i ja jestem ale jestem własnowiercą i chrześcijaństwo nie przekonuje mnie w ogóle), ale tak jak to opisałaś, to pozwoliło mi zrozumieć, że ludzie lgną do Boga, nawet tego chrześcijańskiego, a jeśli mają taką potrzebę, to piękne, że powstają takie związki wyznaniowe 🙂

  2. (Ap 3,20)
    Oto stoję u drzwi i kołaczę:
    jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
    wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
    a on ze Mną.

    Pan Jezus do serca kazdego z nas chce wejsc, stoi i kolacze, stad to pragnienie ‚do Boga’ o ktorym piszesz.

    Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie (J 11,25)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *