Jak nie zostałam Świadkiem Jehowy

Ten tekst powstał jesienią zeszłego roku. Ostatnio temat wiary osób LGBTQIA wywołał sporo dyskusji, więc postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami w tym zakresie. Najpierw tekst o Świadkach Jehowy, a niedługo o Reformowanych Katolikach.

16 lipca 2016 roku.
Tego dnia podjęłam bardzo ważną decyzję.
W kwietniu 2015 roku podjęłam także bardzo ważną decyzję, decyzję o tranzycji i złożeniu pozwu sądowego o prawną korektę płci.
Rok później podjęłam decyzję nie mniej ważną.
Decyzję dotyczącą chrztu. Drugiego w moim życiu, ale jakże innego.

P1050208

Pierwszy chrzest w moim życiu był taki, jak większości społeczeństwa w naszym kraju.
Piękny strój, biała poduszka i narzutka, rodzice chrzestni, którzy po co są, do dzisiaj nie wiem, bo nigdy nie poczułam jakoś szczególnie ich troski o mnie. A tak pięknie prezentują się na fotografii sprzed mszy. I niestety, już w czasie, gdy przechodziłam tranzycję, dostałam od nich i od ich rodzin jedynie fałsz i nieszczere słowa i uśmiechy…
Fakt, nasze relacje rodzinne przez cały czas były dziwne, ale tym bardziej nie rozumiem, po co wysilali się w tej konkretnej sytuacji. Zresztą nawet nie muszę znać odpowiedzi na to pytanie.
Wychowanie według kanonów rzymskiego kościoła katolickiego zaowocowało tym, że żyłam wiele lat według tych kanonów, ale z czasem oddałam się coraz bardziej. Nie czułam, że dostaję coś wartościowego w zamian za moje oddanie. Często odnosiłam wrażenie, że było wręcz odwrotnie.
Doszło do tego, że potrafiłam brać udział w sakramentach, gdy tego wymagała sytuacja, nie będąc wcale do nich w jakikolwiek sposób przygotowana (w odniesieniu do wymagań tychże kanonów, o których już wspominałam) i nie czułam żadnych wyrzutów sumienia.
Jednak nigdy nie wyzbyłam się wiary w to, że nie jesteśmy wybrykiem natury i że po naszej śmierci wszystko definitywnie się kończy. Nie starałam się określać siły, która tym wszystkim kierowała, ale wiedziałam, tak, zawsze o tym wiedziałam, że jest coś lub ktoś, kto tym wszystkim rządzi.
Zapewne mogłabym napisać kilkustronicową broszurę o różnych wizjach, jakie miałam, ale nie zrobię tego, gdyż w większości wymazałam je już z pamięci i miałabym spory problem z ich odtworzeniem.
Spory okres czasu uznawałam, że tą siłą jest Bóg. Lubiłam z Nim rozmawiać, zwłaszcza na łonie natury, albo w pustych starych kościołach, które przemawiały do mojej artystycznej duszy. W tym wypadku jednak, od momentu, gdy miałam okazję odwiedzić kilka świątyń ewangelickich, bardzo surowych w swoim wystroju, poczułam się w ich wnętrzach o wiele bliżej Boga niż w kipiących przepychem świątyniach rzymsko-katolickich. A już przysłowiową kropką nad i była wizyta w Licheniu, która do reszty pozbawiła mnie złudzeń co do tego, gdzie można Boga znaleźć. Na pewno nie tam.
Jednak moje pokręcone życie spowodowało w końcu, że wymazałam Boga ze swego życia. Dlaczego ?
Pierwszym takim znaczącym wydarzeniem było coś, co zrobiłam w 2007 roku. Sam fakt, że się na to zdecydowałam, że Bóg na to pozwolił (wtedy, tak jak większość, zadawałam to słynne pytanie : dlaczego Bóg na to pozwala ?) spowodował pierwszy poważny wyłom w moich kontaktach z Nim. Potem, gdy zaczynałam odkrywać siebie, swoją kobiecość, Bóg mi po prostu przeszkadzał, ograniczał mnie. Przecież moja przemiana, zwłaszcza jej początki, to klimaty bdsm, to seks w różnych konfiguracjach, to nagie występy na scenie. To zachowania obsceniczne, chęć przeżywania coraz to nowych, bardziej wyuzdanych przygód. Jak mogłam w tym mieć miejsce dla Boga ?! Przecież nie chciałam się ograniczać, nie chciałam zadawać sobie pytania, czy tak powinnam postąpić czy nie. Nie miałam żadnych hamulców.
Jednak On mnie nie opuścił, ani wcześniej, ani w tym okresie, ani później.
Nie powiem, że od początku przemiany wiedziałam, że czegoś brakowało mi do pełni. Gdy miałam za sobą kilka miesięcy studium biblijnego ze Świadkami Jehowy, wiedziałam, że tak właśnie było. Że właśnie tego potrzebowałam w swoim życiu, bo poczuć się pełną.
Potwierdzenie tego odczucia dostałam po tym, jak zupełnie oficjalnie zaczęłam mówić nie tylko, że studiuję Biblię ze Świadkami, ale że chcę żyć tak, jak oni, według zasad przez nich wyznawanych, zasad, które stały się także moimi. I wtedy słyszałam z ust wielu znajomych i przyjaciół, że cieszą się moim szczęściem, że widzą, że moja decyzja jest w pełni świadoma i że cenią moją konsekwencję. Często wtedy, tłumacząc swoje pobudki, ale także moje podejście do zasad, jakim zamierzałam się poddać, słyszałam wiele pozytywnych słów o samych Świadkach. Aż momentami odnosiłam wrażenie, że staję się dla nich takim pozytywnym katalizatorem odbioru tego, co sobą prezentują. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że wielu moich znajomych tego nie zrozumie i zacznę ich tracić. Zresztą, zauważyłam ten proces już dużo wcześniej, że pewne kontakty w naturalny sposób wygasają, wyciszają się. Za to zyskiwałam nowe, bardzo cenne i wartościowe. Nawet akurat w tym okresie nawiązały się realne przyjaźnie, które w jakimś stopniu w wirtualnym świecie istniały już długo. To było szczególnie dla mnie cenne, bo pozwalało mi wierzyć, że nie tracę ale zyskuję.
Praktycznie w momencie, gdy zobaczyłam Mariolę z Eweliną w to niedzielne popołudnie w drzwiach mojego mieszkania, wiedziałam od razu, w jakim celu przyszły. Uznałam, że skoro obie dziewczyny, które już znałam, coś widzą w głoszeniu, warto się temu przyjrzeć. A przy okazji przekonać się, jak moja osoba zostanie potraktowana w odniesieniu do kanonów biblijnych.
Bardzo mi się spodobały nasze spotkania. Nie były przesycone naukami, ale jednocześnie w bardzo fajnej atmosferze odsłaniały się przede mną kolejne zasady. Szybko stwierdziłam, że ja już od pewnego czasu zaczynałam pewne zasady w swoim życiu wprowadzać, tak, jakbym czuła, że tak powinno być.
Z czasem poznałam Esterę i Piotra. Zwłaszcza sposób bycia, jak i ogromna wiedza i swoboda w korzystaniu z niej, przypadła mi do gustu. Gdy Ewelina nas opuściła, wracając w rodzinne strony, jej miejsce zajął właśnie Piotr.
Oni oboje z Mariolą stanowili niezwykłą parę. Dzięki nim przekonałam się, że Świadkowie to zwykli ludzie, z normalnymi problemami, tym różniący się od innych, że wyznają pewne zasady i ich przestrzegają bardzo skrupulatnie.
Cieszyłam się na każde nasze spotkanie, i gdy w wyznaczonym dniu nie mogło się odbyć, mieliśmy z góry ustalony termin rezerwowy.
Sami wielokrotnie podkreślali, że ciekawi ich moja osoba, bo nie mieli jeszcze możliwości poznać trans kobiety. Dlatego nasze spotkania zawierały dużo rozmów o tym, kim jestem, ale także w odniesieniu do kanonów biblijnych. Sama ten problem badałam praktycznie od początku studium i byłam zazwyczaj dobrze przygotowana na dyskusje.
Po kilku miesiącach zostałam zaproszona na pamiątkę ofiary okupu, obchodzoną w czasie, gdy Chrystus umarł na palu. Z wielką radością i ciekawością wzięłam udział w tym spotkaniu i wtedy pierwszy raz miałam okazję poznać więcej głosicieli. Jakże się zdziwiłam, gdy na sali zobaczyłam Ritę, u której bywałam dość regularnie u niej w sklepie. Praktycznie od początku zostałam bardzo dobrze przyjęta przez członków Zboru. Zaczęłam regularnie bywać na niedzielnych spotkaniach. Często ktoś do mnie podchodził i wdawał się w rozmowę. Po pewnym czasie zaczęłam brać czynny udział w studium Strażnicy zgłaszając się i odpowiadając na pytania prowadzącego. Bardzo się ucieszyłam, gdy po jednym z takich studiów podszedł do mnie jeden ze Starszych Zboru i pochwalił za bardzo przemyślane wypowiedzi.
Mariola i Piotr towarzyszyli wielu ważnym wydarzeniom w moim życiu. Przeżywali ze mną utratę pracy w tak nieprzyjemny sposób. Przeżywali ze mną śmierć mego ojca. Dyskutowali o tym, czy poddanie się operacji, jaką już wtedy planowałam, nie wpłynie negatywnie na mnie w przyszłości.
Cieszyli się ze mną, gdy sprzedałam mieszkanie po rodzicach i kupiłam kawalerkę w Poznaniu. Pomagali rozwiązać prawdziwy węzeł gordyjski skomplikowanej dzięki ingerencji mojej byłej żony relacji z synem.
Wreszcie okazali mi bezinteresowną pomoc, gdy się przeprowadzałam. Nie było kwestii, że się nie da. Najdobitniej się o tym przekonałam, gdy dzień po przeprowadzce do Poznania, mimo innych ustaleń, okazało się, że muszę już zabrać swoje meble z mieszkania, które sprzedałam. Zadzwoniłam w sobotę, jak znalazłam miejsce dla nich, a w niedzielę pojechałam do Chodzieży, wzięłam udział w ostatnim moim chodzieskim spotkaniu a po nim pod już moje byłe mieszkanie podjechały trzy samochody i spora grupa braci zajęła się ewakuacją moich mebli i całego wyposażenia. To było dla mnie coś niezwykłego. Tak bezinteresownej i szybkiej pomocy jeszcze nigdy od nikogo nie dostałam.
Miałam też w tym czasie okazję porozmawiać z chłopakiem, który wychowywał się w rodzinie będącej od pokoleń Świadkami Jehowy. Jego spokojne i szczere wypowiedzi pokazały mi, jak normalna dla niego jest ta sytuacja i że praktycznie nie ma w związku z wyznawanymi zasadami problemów w swoim szkolnym środowisku.
Im głębiej wchodziłam w to środowisko, tym bardziej byłam pewna, że chcę żyć tak jak oni. Oczywiście, było wiele spraw, które wymagały pracy nad sobą, nad swoimi poglądami. Pisząc te słowa kilka miesięcy po opisywanych wyżej wydarzeniach, tych wątpliwości nadal było sporo i nadal, chociaż już na innej płaszczyźnie, szukałam miejsca dla siebie z zgromadzeniu Świadków Jehowy.
Przeprowadzka do Poznania zbiegła się z Kongresem Regionalnym. Brat Artur, z którym zostałam skontaktowana przez Piotra, zaprosił mnie na naszym pierwszym spotkaniu na Kongres. Mimo obaw związanych z niedawno przebytą operacją, zgodziłam się i nie żałowałam.
Dzięki wielu już miesiącom studium z Mariolą i Piotrem, byłam dobrze przygotowana, by odebrać we właściwy sposób treści przedstawiane podczas kongresu.
Cały trzydniowy program spędziłam min w towarzystwie żony Artura, Danusi.
Kongres spowodował, że podjęłam decyzję, że chcę za rok przyjąć chrzest. Postanowiłam się określić i poświęcić najbliższy rok na to, by sprawdzić, czy jestem na to gotowa. Nie myślałam wtedy, co zrobię, jak nie zdecyduję się na ten krok. Nie brałam w tym czasie pod uwagę opcji, że z powodu tego, kim jestem, nie zostanę dopuszczona do chrztu. Chciałam sama podjąć taką decyzję, niezależnie od tego, czy Zbór mi pozwoli czy nie.
Pełna zapału po Kongresie wznowiłam studium Biblii już w nowym Zborze.
I tutaj przekonałam się, ile tak naprawdę było we mnie wiary, a ile chęć bycia we wspólnocie ze Świadkami. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa o członkach mojego nowego Zboru, ale było inaczej. I to inaczej powoli, ale jednak skutecznie, budziło coraz więcej wątpliwości, na co ja jestem gotowa się zdecydować jako ja, a na ile chcę to zrobić, bo uwierzyłam Marioli, Piotrowi, Esterze…Tak, właśnie tak zaczynałam to odbierać. A pamiętam, jak mnie podczas jednego z pierwszych studiów Mariola właśnie przed tym ostrzegała. Jednak mimo wszystko postanowiłam nie rezygnować i dać sobie tyle czasu, ile założyłam.
Same zasady nadal mi nie przeszkadzały, jednak zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy ja będę w stanie podołać obowiązkowi głoszenia. Właśnie tutaj pojawił się największy problem, jaki musiałam rozwiązać, i który praktycznie sprowadzał się do podjęcia decyzji, przyjąć chrzest czy nie.
Nie miałam nic przeciwko głoszeniu, ale nie umiałam zgodzić się z wymogiem dostosowania swego życia do tej działalności. Byłam przed szukaniem pracy, i nie miało dla mnie znaczenia, że praca utrudni mi głoszenie i udział w spotkaniach. Byłam i jestem sama, więc musiałam myśleć o tym, by zapewnić byt nie tylko mnie, ale i mojej kotce. Także to, kim jestem, powodowało, że nie mogłam w ofertach przebierać. Nie chciałam też brać czegokolwiek, ale wiedziałam, że nie będzie łatwo. Jednak to wszystko jeszcze byłoby do pogodzenia, bo wielu Głosicieli tak robi. Jednak ja byłam praktycznie zdecydowana za rok podjąć studia. Nawet zamierzałam o tym informować przyszłego pracodawcę, by pokazać, że mimo wieku, chcę się rozwijać i pogłębiać swoje umiejętności. A podjęcie studiów praktycznie uniemożliwiało udział w spotkaniach niedzielnych i znacznie ograniczało możliwość głoszenia. Byłam pewna, że przyjmując chrzest z takimi ograniczeniami, postąpiłabym nierozważnie, gdyż z góry wiedziałabym, że nie podołam obowiązkom, jakie na mnie ten chrzest by nałożył.
Jednak co jakiś czas dostawałam sile argumenty na tak. Wspólny obiad, na który zaprosiła mnie Mariola, a na którym byli też Piotr z Esterą, przypomniał mi ponownie to, co tak mnie przyciągało do Zboru w Chodzieży, ale jednocześnie bardzo mocno pokazało mi, jak moja wiara jest jeszcze płytka, jak mocno jest osadzona w wierze moich przyjaciół a nie w moich własnych przekonaniach. Dwa dni później dzwoniła do mnie Danusia i kolejny raz dostałam silną dawkę zachęty. Nie ukrywam, że nie był to dla mnie łatwy okres. Z jednej strony chciałam żyć w Zgromadzeniu, z drugiej byłam przekonana już wtedy, że nie będę mogła przyjąć chrztu. Nie mówiłam wtedy o tym Braciom, bo jeszcze wiele mogło się w czasie, jaki był przede mną, zmienić.
Ale uruchamiana wtedy przeze mnie grupa wsparcia dla osób trans była kolejnym elementem, który zabierał czas. Ja byłam przekonana, że nie pojawi się we mnie tak mocna wiara, bym mogła zrezygnować z prowadzenia grupy, podjęcia studiów, czy zmiany pracy na gorszą by mieć czas na głoszenie. Jednak jednego byłam pewna już wtedy, że moja decyzja zostanie przedstawiona zgodnie z prawdą. Nie zamierzałam szukać wybiegów. I nawet gdyby miało się okazać, że nie mogę przyjąć chrztu i być głosicielką dlatego, że jestem trans kobietą, nie wykorzystałabym tego, by ukryć moje własne pobudki. Tak, jak napisałam wcześniej, niezależnie od decyzji Zboru, moja decyzja i tak miała być moją decyzją.
Dwa miesiące po Kongresie zaczęłam coraz częściej zadawać sobie pytania.
Cały czas nie było odpowiedzi, czy mogę brać aktywny udział w zebraniach, a forma biernego uczestnictwa coraz bardziej mi nie odpowiadała. W Chodzieży brałam cały czas aktywny udział w spotkaniach. W moim nowym Zborze nie mogłam. Musiałam czekać na decyzję zwierzchników.
Studium Biblii, prowadzone zupełnie inaczej niż w poprzednio, też mi nie odpowiadało. Brakowało mi tego zapału i jednocześnie humoru, jaki był nieodłącznym składnikiem spotkań z Mariolą, Piotrem, Esterą czy Eweliną.
Jednak te sprawy nie były na tyle znaczące, by spowodować moją rezygnację, choć nie ukrywam, że pomogły podjąć decyzję. Decyzję, która zapadła nagle, gdyż szykując się do prowadzenia grupy wsparcia dla osób trans, poznałam środowisko osób LGBT w Poznaniu skupionych głównie w Grupie Stonewall. Dostałam propozycję, by wziąć udział w kilku wydarzeniach w ramach odbywającego się w drugiej połowie września 2016 roku Tygodnia Dumy. Zgodziłam się, wiedząc, że przez to moja absencja na spotkaniach i studium znacznie się zwiększy. Ale nie czułam oporów.
Jeszcze walczyłam ze sobą. Jeszcze podczas Alfabetu Różnorodności, który otwierał Pride Week, na pytanie, czy wezmę udział w Marszu Równości, nie umiałam odpowiedzieć tak lub nie. Ale z każdą chwilą, im głębiej wnikałam w środowisko, poznawałam ludzi, tym pewniejsza byłam, że nastąpią poważne zmiany w moim życiu.
I nastały.
Uzmysłowiłam sobie, że już od pewnego czasu mówiłam wbrew sobie na studium Biblii, gdy odpowiadałam na pytania dotyczące aborcji, krwi, związków jednopłciowych. Czułam coraz większy konflikt wewnętrzny, który w czasie trwania Pride Week dochodził do apogeum, którym stała się decyzja wzięcia udziału w Czarnym Proteście. Pamiętam, jak czułam się niekomfortowo, biorąc udział w wiosennym proteście w Poznaniu, przed spotkaniem w Meskalinie z Kingą Kosińską. Teraz takich wątpliwości nie miałam, a przecież, zwłaszcza po Kongresie, powinnam mieć je tym bardziej.
Jednak nie. Zrozumiałam, że to już jest ostatni gwizdek, by zdecydować się, co jest dla mnie w życiu ważniejsze. I wybrałam ludzi, moich przyjaciół, osoby, znajomych, którzy walczą o prawo do życia w poszanowaniu i godności. Walce z uciskiem. Świadkowie uczą, że ucisk dopiero nadejdzie. Niestety, nie mają racji, ucisk już przyszedł i ogarnia coraz większą sferę naszego życia.
Jestem trans kobietą, należę do mniejszości LGBTQI+. Wiem, że nasze prawa są jeszcze mniej słyszalne i pamiętam te dyskusje i konflikty, jakie wybuchały wokół protestów KOD i Komitetu Ratujmy Kobiety. Teraz zobaczyłam i usłyszałam, że nasz głos może być usłyszany i zrozumiałam, że nie mogę stać z boku, bo jestem jedną z tych nielicznych, które mogą zabrać głos w naszej sprawie. I postanowiłam to z pełną świadomością czynić.
Dlatego pojawiłam się na platformie autobusu prowadzącego Marsz Równości, by było mnie widać, by było widać trans kobietę.
Dlatego wzięłam do ręki tęczową flagę i stanęłam w pierwszym szeregu przed mównicą podczas protestu przed Sejmem.
Dlatego w strugach deszczu stałam z tysiącami innych protestujących na Placu Mickiewicza w Poznaniu i słuchałam wspaniałej przemowy Sue Beel o nas, osobach nieheteronormatywnych i transpłciowych.
Czułam się dumna, słuchając tych słów, że jestem tam, daję swoją obecnością świadectwo, że my też mamy prawa, o które chcemy wspólnie z innymi walczyć. I czułam dumę, gdy szłam przez tłum i widziałam spojrzenia, w których często widziałam zrozumienie.
Tak, ucisk już się zaczął, a ja nie mogę stać z boku i patrzeć na to. I nie stoję. I nie będę stać.
Myślałam, że decyzja iść czy nie iść dalej przez życie zgodnie z tym, co głoszą Świadkowie Jehowy, zajmie mi więcej czasu. Stało się jednak inaczej.
Decyzja już zapadła.
Zapadła w czasie Pride Week.
Podczas rozmów w trakcie Alfabetu Różnorodności.
Odpowiadając na pytania w trakcie wydarzenia Wczuj się w trans.
W czasie debaty o związkach partnerskich i jednopłciowych podczas Family Pride.
Jadąc na platformie w czasie Marszu Równości.
Stojąc z tęczową flagą przed Sejmem.
Moknąc na Placu Mickiewicza.

Nie mogę i nie chcę pozwolić na to, by ucisk, który fundują nam rządzący, trwał dalej i objawiał się kolejnymi krokami pozbawiającymi nas kolejnych praw, których mamy coraz mniej.
Chcę pomagać tu i teraz, chcę walczyć z uciskiem, który dotyka nas na każdym kroku. I chcę, by tu i teraz był nasz raj, a nie po śmierci.
Nie wiem, co będzie, gdy umrę, ale wiem, jakie piekło nas czeka, jak nie zatrzymamy tej grupki frustratów, którzy skorzystali z tego, że Polacy po ponad dwudziestu latach mieli już tak dość polityki, że olali ostatnie wybory. Ja zresztą też je olałam. I teraz wszyscy za to płacimy i musimy o swoje prawa walczyć na ulicach, bo w Sejmie nas nie chcą słuchać.
A jest o co walczyć.
Wprowadzenie związków partnerskich spowoduje, że nie będziemy musieli się rozwodzić, by przejść tranzycję.
Zgoda na wychowanie dzieci w związkach jednopłciowych zlikwiduje odbieranie praw rodzicielskich dokonującym tranzycji rodzicom nieletnich dzieci.
Dopuszczalność antykoncepcji chirurgicznej pozwoli osobom trans przejść zabiegi, które zapobiegną niechcianej ciąży i płodzeniu niechcianych dzieci.
Skoro nie możemy spełnić się biologicznie w takiej funkcji prokreacyjnej, jakiej chcielibyśmy doświadczyć, albo przynajmniej mieć możliwość jej doświadczenia, powinniśmy mieć możliwość nie „spełniać” się w funkcji, jakiej nie uznajemy i jakiej nie oczekujemy, jakiej niekiedy wręcz w sobie nienawidzimy, w każdym momencie, a nie tylko, gdy sąd zdecyduje, że możemy.
Ale także, jeżeli trans kobieta chce spłodzić dziecko, a trans mężczyzna chce je urodzić, żeby mieli pełne prawo taką decyzję podjąć i to zrobić. I żeby nikt wtedy nie poddawał w wątpliwość ich tożsamości płciowej. Bo kobieta nie może spłodzić dziecka a mężczyzna urodzić, gdyż nie da się w takiej sytuacji wystawić aktu urodzenia.
O to, i o jeszcze wiele innych spraw, chcę walczyć, chcę mówić, chcę uświadamiać i chcę dyskutować. I chcę temu właśnie poświęcić swoją energię i wolny czas.
I cieszę się, że już na tą drogę weszłam.
Kilka dni po Czarnym Proteście zdecydowałam się powiedzieć o mojej decyzji starszym mojego Zboru.
Zaprosiłam ich do siebie i powiedziałam. Jedno się nie zmieniło. Nadal cenię ich i ich podejście do tego, co robią. Słyszałam i czytałam sporo na temat Świadków, ale Ci, których poznałam osobiście wzbudzili moje zaufanie i podziwiam ich, że są tak wytrwali. Ale jednocześnie akurat w tym samym czasie dowiedziałam się, że jedna z sióstr, utraty kontaktu z którą się obawiałam, odeszła z organizacji i zgodziłyśmy się w fundamentalnym powodzie naszych decyzji.
Nie można żyć w oderwaniu od rzeczywistości, a Świadkowie właśnie do tego zmierzają i tak postępują.
Moja decyzja została przyjęta spokojnie. Spotkałam się ze zrozumieniem i podziękowano mi za szczerość i przedstawienie swoich pobudek i wniosków.
Usłyszałam, że droga jest otwarta i że w każdym momencie mogę wrócić do studium i przyjść na zebrania otwarte. Nie zadałam pytania, czy uzyskali już odpowiedź w mojej sprawie i już jej nie uzyskałam.
Jednego byłam pewna, nie wrócę. Ale nie uważałam tego czasu za straconego. Poznałam inny sposób życia i poznałam wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli mi w różnych trudnych sytuacjach. Na pewno nie zapomnę ich bezinteresownej pomocy, jakiej mi udzielili. I wiem, że wielu powie tutaj, że nie robili tego „za darmo”. Ja jednak w tym wypadku zdania nie zmienię. Nigdy. Pomogli mi, gdy tej pomocy potrzebowałam, nie oczekując niczego w zamian, bo tak nakazuje im wiara, którą wyznają.
Tak, jak kiedyś napisałam, decyzja, czy zostanę Świadkiem czy nie to będzie moją decyzją i podałam prawdziwe powody, dla których zrezygnowałam.
Był jeszcze jeden powód, który budził moje wątpliwości.
Po przeprowadzce do Poznania zaczęłam brać udział we wtorkowych spotkaniach, gdzie sporo było wiadomości o tym, jak głosić i czego się oczekuje od głosicieli. Tutaj pojawiły się pierwsze wątpliwości. Słyszałam coraz częściej, jak ludzie rezygnują z jakiejś pracy, szukając innej, jak rezygnują ze studiów, jak zmieniają swoje przyzwyczajenia. Muzyka, filmy i książki najlepiej tylko produkowane przez organizację.
Pytałam siebie, czy ja tego też pragnę, czy ja także podejmę takie decyzje. I dostawałam od siebie zawsze jedną odpowiedź. Nie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mając wybór, grupa wsparcia, studia, praca a głoszenie, wybiorę głoszenie. Powoli dojrzewałam do decyzji, jaką w końcu podjęłam. Tylko myślałam wtedy, że przynajmniej spróbuję to jakoś połączyć.
Już po podjęciu decyzji byłam pewna, że nie udałoby mi się zadowolić swoich przełożonych w Zborze i sprostać własnym oczekiwaniom. Czyli, nawet gdybym nie wzięła udziału w Pride Week i Czarnym Proteście, decyzja i tak byłaby identyczna.
Więc dobrze się stało, że zapadła szybciej.
A chrzest?
Nie było drugiego chrztu, ale było odnowienie. Ale to już zupełnie inna historia…

2 thoughts on “Jak nie zostałam Świadkiem Jehowy”

  1. Z wielką uwagą i chęcią przeczytałam Twój post i bardzo się cieszę,że jesteśmy znajomymi. Jesteś bardzo inteligentą osobą,która mocno stąpa po ziemi i wie czego chce

  2. Bardzo rzeczowy i dojrzały post, gratuluję 🙂
    Ja też mam sporo ciepłych uczuć w kierunku Świadków Jehowy ale jest tak jak mówisz – żyją w pewnym oderwaniu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *