Czekanie, czekanie, czekanie…

Coraz bardziej się obawiam, że na kolejne urodziny jeszcze nie będę miała procesu za sobą. W połowie kwietnia byłam u biegłego, teraz mamy koniec czerwca, i nadal nic.

Ostatni czas przyniósł sporo zawirowań. Spojrzałam też inaczej na proces tranzycji, jaki przeszłam. Obecnie biorę udział w diagnozie młodego trans chłopaka przygotowywanej pod kontem pozwu. Mam przed sobą do rozwiązania pewien dylemat dotyczący innej osoby trans. Musiałam zrewidować pewne swoje poglądy w zderzeniu z rzeczywistością. Jeszcze niedawno pisałam, że byłabym bardzo ostrożna przed podpisaniem zgody na medyczna i prawną korektę, gdyby to ode mnie miało zależeć. Teraz, po lekturze paru nowych pozycji w mojej biblioteczce i rozmowach na te tematy, jestem skłonna spojrzeć na to inaczej. Przede wszystkim widzę jednak coraz bardziej wyraźnie, że cały system diagnostyczny jest bardzo represyjny w stosunku do nas, osób, którym ma pomóc. Zaczynam dostrzegać coraz wyraźniej, że nie jesteśmy podmiotem, tylko…

Ok, nie mam nic przeciwko, żeby dostać wszelką dostępną pomoc, by upewnić się, by ukierunkować nasze poszukiwanie siebie, ale udowadniać to? Udowadniać, że jestem kobietą albo mężczyzną? Czy ktokolwiek poza nami, osobami transpłciowymi, musi udowadniać całemu światu to, kim jest? I jeszcze, żeby móc to udowodnić, musi na to czekać miesiące, a nawet lata?

Coraz mniej mnie dziwi to, że jest tak nas mało w przestrzeni publicznej. Wcale się nie dziwię, im więcej czasu spędzam w tym temacie, że tak wielu z nas chce o tym jak najszybciej zapomnieć. Sama niekiedy bym chciała. Nawet zdarza mi się o tym zapominać, ale życie, w postaci „kwiatu prawdziwych” Polaków (choć powinnam w tym wypadku napisać to słowo z małej litery, a nawet w indeksie dolnym), brutalnie mi o tym przypomina. Jak stało się to dwa ostatnie dni z rzędu. Wyzwiska i chamskie odzywki. Dzisiaj zastanawiałam się, czy iść z moim pistoletem tą samą drogą, czy zmienić trasę. W końcu wybrałam drugą opcję, ale w wyobraźni coraz częściej widzę ten pistolet w mojej dłoni i boję się siebie w tej wizji.

Dobrze, że mam teraz silne wsparcie duchowe, jakie odnajduję w wierze. Ale nie ukrywam, że szlak mnie trafia, że muszę zmieniać drogę do domu. Mam nadzieję, że mimo wszystko, zawsze do domu wrócę…

Mam nadzieję, że obecne władze, które cały czas nakręcają spiralę nienawiści, wreszcie się opamiętają, albo zdmuchnie ich wiatr zmian. To, co obecnie dzieje się w sprawie środowisk LGBTQIA, uchodźców, obcokrajowców, Muzułmanów każe mi być coraz bardziej wyczuloną na to, co się dzieje dookoła mnie.

Widzę w tym wszystkim też coś pozytywnego, jak zresztą zawsze staram się dostrzegać pozytywy w najtrudniejszych sytuacjach. Jestem bardziej wyczulona, empatyczna, otwarta. Zaczynam wręcz szukać kontaktu, chcę mówić o tym, co złe, chcę dawać świadectwo. I uczę się dostrzegać to, czego wcześniej nie widziałam.

Wracając do początku tego wpisu, zostały dwa miesiące. Czy 30 sierpnia będę świętowała nowe urodziny?

Boże Ciało

Spędzam z Bogiem coraz więcej czasu. I coraz bardziej czuję, że to jest to, co chcę w swoim dalszym życiu pielęgnować i rozwijać.

Nie ukrywam, że ma na to wpływ także to, co spotyka mnie ostatnio. Z jednej strony kolejne osoby ode mnie odchodzą. Spotykam się z pretensjami, zarzutami, obarczana jestem winą za to, że ktoś ode mnie odchodzi, że się zawiódł…

A z drugiej strony spotykam nowych ludzi, którym to,co i jak robię, nie przeszkadza. Wręcz śmiem twierdzić, że jest odwrotnie. Jednak wszystko to powoduje, że jestem coraz dalej od tych obszarów, z którymi tak mocno się identyfikowałam, i z myślą o dobru których zaczynałam swoje aktywistyczne działania. A tym czasem słyszę nawet, że moja radość z tego, ze mogę komuś realnie pomóc jest odbierana przez niektórych jako robienie głośnego szumu wokół siebie. Nie ukrywam, że boli mnie, gdy w kogoś inwestuję swoją energię, uczucia, czas i nagle zostaje to podeptane. Mimo, że nie robię wyrzutów, że staram się, żeby to na mnie nie wpływało za bardzo, coś za każdym razem we mnie umiera, coś gaśnie, coś odchodzi, by już nie wrócić. I nie wiem, jak bym sobie z tym radziła, gdyby nie moja Wiara, gdyby nie Jezus, któremu coraz więcej daję ze swojego życia, bo wiem, że kto jak kto, ale On mnie nie odtrąci, nie zostawi, nie wykorzysta.

Widzę już konkretne zmiany. Moje poglądy się radykalizują. Czytam coraz więcej literatury, rosną moje oczekiwania względem mnie samej. Widzę, jak to, co obecnie zaczynam robić wpisuje się w to, czego Bóg od nas oczekuje. Myślałam, że zamknęłam już pewien rozdział, a tu nagle ponownie wróciłam do tego, co tak bardzo mi pomagało w czasie, gdy odkrywałam siebie. Dałam coś, daję i dostaję.

Dzisiaj jest Boże Ciało. Do tej pory nie traktowałam tego święta zbyt poważnie. Oczywiście, chodziłam przed laty w procesjach, ale co to było za wyznanie wiary, gdy szło się w tłumie w czasach, gdy i tak co niedziela byłam w kościele.

Dzisiaj sporo myślałam, czym dla mnie obecnie staje się ten dzień, zwłaszcza w kontekście rozmowy jaką odbyłam dzień prędzej. Rozmowy, z której dowiedziałam się, że znowu ktoś ma pretensje, dlaczego? Bo nie skomentowałam, jak dostałam nagle odpowiedź, że mimo innych ustaleń, ktoś rezygnuje. Nie wiem, czy w ogóle by mnie powiadomił, gdybym nie zapytała. Co miałam odpowiedzieć, podziękować? za to, że znowu przez kogoś zostałam wydywana? Nic nie odpisałam i potem usłyszałam, że się obraziłam, że jestem przewrażliwiona. Gdy Tomek powiedział, że na procesję mam iść w albie, zdrętwiałam. Co innego pisać, pokazać na zdjęciach, rozmawiać…

Co innego natomiast pokazać w taki sposób. Zrobić takie wyznanie wiary. Najpierw jednak była Msza Św. i nasze dzielenie po Homilii. Boże Ciało. Czym jest dla mnie? Jak Je rozumiem? Kiedyś nie rozumiałam a teraz nawet przez moment zastanawiałam się, dlaczego akurat tak, dlaczego chleb i wino ma być Ciałem i Krwią Chrystusa. Dlaczego akurat ciało i krew? I wtedy pojawiły się w mojej głowie słowa Chrystusa wypowiedziane do uczniów w Wieczerniku: „To czyńcie na moją pamiątkę.” Czegóż chcieć więcej. Skoro Chrystus pokazał nam, jak mamy Go wspominać, to robię to i nie próbuję zrozumieć, dlaczego tak, a nie inaczej. I myśl ta była tak jasna, prosta, mocna, że od razu do mnie przemówiła. A skoro Chrystus chciał, by w szczególny sposób wspominać jego ofiarę, to skoro mam święto poświęcone wspomnieniu Jego Ciała, to moim obowiązkiem jest je wspominać i robić to tak, jak Chrystus ofiarował swoje Ciało za nas. Publicznie na krzyżu. Więc ja miałbym się krygować przed wyjściem w albie i z kadzidłem w procesji? Przecież bardzo tego pragnę, chcę, by moja wiara, wiara kobiety transseksualnej, była jawna, tak, jak jawne było wszystko to, co robił Chrystus będąc tu, na ziemi.

Jak się czułam? Spokojnie i dostojnie. Widok Monstrancji, którą kilkakrotnie wraz z Arturem okadzaliśmy, a zwłaszcza Hostia z wytłoczonym na Niej krzyżem, wzruszał mnie. Podczas dzisiejszego dzielenia Tomek opowiadał też o historii wprowadzenia Monstrancji, dlaczego i po co się pojawiła. Ja należę właśnie do tego gatunku wierzących, dla których wprowadzono Monstrancję, dla których tak ważna jest adoracja, celebracja.

Praktycznie już moje życie podporządkowuję obcowaniu z Chrystusem. Bardzo mnie dziś uderzyły słowa Tomka, że wychodząc z Eucharystii, mamy w sobie w szczególny sposób Boga i niesiemy go ze sobą w świat. Staram się wiedzieć i rozumieć coraz więcej. Czytam, słucham, dyskutuję, modlę się. Szukam odpowiedzi, próbuję zrozumieć, co dzieje się obecnie w moim życiu i zrozumieć, czego pragnę, czego oczekuję.

Dzisiejszy dzień to kolejny ważny etap na mojej obecnej drodze. Także dlatego, że mam coraz więcej siły i spokoju. Takie wejście w tłum, jak sobie funduję już od dłuższego czasu, jeszcze jakiś czas temu, wcale nie tak odległy, powodowałoby mimo wszystko wiele stresu. A dzisiaj nic. I zupełnie tak samo było podczas naszej dzisiejszej procesji. Nie czułam, że robię coś niestosownego.

Kiedyś napisałam, że nasza mała kaplica daje taką niezwykłą intymność w relacjach z Bogiem. I za każdym razem, gdy w niej jestem, czuję to. Tęsknię do jej widoku, nastroju w niej panującego. Pięknych strojeń. Wsiąkłam w Nią po uszy i cieszę się, że pojawiła się w moim życiu właśnie teraz. Gdyż nie boję się powiedzieć, że ona mnie ratuje.

Idę spać. Jutro rano msza. Potem DPS. Potem grupa wsparcia. I wieczorem prace nad projektem.

Kolejny ciekawy dzień, podczas którego znowu zrobię coś, dzięki czemu ponownie będę miała świadomość dobrze wypełnionego obowiązku. Obowiązku Chrześcijanki…

Ekonomia społeczna z transseksualizmem w tle

Chyba właśnie pojawił się temat kolejnej mojej książki.

Dzisiejsza obrona projektu w ramach Konkursu Wielkopolskich Innowacji Społecznych uzmysłowiła mi, jak wiele robię, nie planując tego, dla budowania pozytywnego obrazu osób trans. To kolejny projekt, jaki napisałam, a który porusza także temat transpłciowości. Jednak tym razem, to komisja wywołała ten temat, mimo, że ja o nim nie wspomniałam podczas prezentacji, skupiając się na założeniach projektu. Więcej, nie dosyć, że został wywołany, to jeszcze usłyszałam, że właśnie ujęcie w projekcie problematyki transpłciowości może być innowacją w ramach konkursu.

Bardzo się z tego ucieszyłam, bo cały czas mam w pamięci, z jakimi zarzutami spotkałam się, gdy postanowiłam rozszerzyć działania statutowe powstającej fundacji.

Niedługo obrona kolejnego projektu innowacji, tym razem w całości poświęconemu zagadnieniu transseksualizmu. Postanowiłam też napisać kolejny projekt w tym temacie.

Widzę, jak wielki potencjał się przede mną otwiera, ile dobrego mogę w ten sposób zrobić w kierunku depatologizacji postrzegania osób trans. Analizując ostatnie miesiące, podczas których weszłam bardzo głęboko w temat ekonomii społecznej, która staje się moim sposobem na życie, doszłam do wniosku, że może to być bardzo ciekawy temat na książkę. Dobrze, że do tytułu książki, którą obecnie piszę, czyli „Ostatniego rozdziału?” dodałam znak zapytania, bo moje życie stale pisze takie scenariusze, że nie ma szans na to, by nie pojawiały się kolejne rozdziały.

Wizyta w biurze RPO, druga po trzyletniej przerwie, okazała się też bardzo owocna, gdyż raport o sytuacji osób transpłciowych na rynku pracy pojawił się w najlepszym możliwym terminie, czyli na dwa tygodnie przed obroną projektu poświęconemu tej tematyce. Niewątpliwie bardzo mi pomoże w obronie.

Ostatnie dwa miesiące to niezwykle intensywny czas. Kilkanaście szkoleń, rejestracja Fundacji, napisane i złożone 4 projekty, tworzony kolejny, planowane dwa następne. Wywiady w nowych, niezwykle ciekawych odsłonach (Newsweek, Girl’s Room, Wyborcza, Father). Panel dyskusyjny w czasie Tęczowego Manifestu. Za kilka dni wezmę udział w sesji fotograficznej. I to wszystko się dzieje, mimo, że parę osób bardzo chciało udowodnić, że jestem nikim i do niczego się nie nadaję. Przykro mi, nie udało się wam, a ja ze swojej strony mogę was zapewnić, że to jeszcze nie moje ostatnie słowo…