Czym sobie na to zasłużyłam?

Od pewnego czasu zadaję sobie to pytanie. I nie tylko ja, ale coraz większe grono moich znajomych i przyjaciół. Co ja takiego zrobiłam, że wygenerowałam taką nienawiść i niechęć w stosunku do mojej osoby? Dlaczego Ci, których poważałam, szanowałam, cieszyłam się z ich towarzystwa, dziś posuwają się do tego, by mnie zdyskredytować za wszelką cenę.           Prowokacje, insynuacje, dyskredytowanie mnie, ale nie tylko. Moja uczelnia została zdyskredytowana, Fundacja, z którą współpracuję podobnie. Osoby, które zgodziły się wesprzeć mnie swoją pracą poddawane zostają presji i muszą słuchać pomówień pod moim adresem.

Cały czas pamiętam, z jaką dumą jechałam na platformie autobusu otwierającego zeszłoroczny Pride Week. Co dziś z tego zostało? Nic, tylko gorycz, niesmak, żal. Rozmawiałam dziś z kilkoma osobami o tej sytuacji. bardzo się cieszę, że to, co mnie spotkało, wiele osób potrafi dostrzec w taki sposób, jakiego oczekiwałam. Jednak tak, jak mi napisała Ania Grodzka, nie powinno się dopuszczać do eskalacji takich sytuacji. Inna moja dzisiejsza rozmówczyni była zdziwiona, że moi przeciwnicy rozpętali taka medialną burzę, która, mimo usunięcia postów, już żyje w świadomości i cały czas zatacza coraz szersze kręgi.

Dla mnie najbardziej bolesne jest to, że cała ta sytuacja stawia wielu ludzi przed koniecznością wyboru. Widzę też, że niektórzy się oddalają, ale widzę też, jak wielu wyciąga do mnie dłoń, właśnie teraz, i murem stoi za mną.

Jestem pomawiana, dyskredytowana, obrzucana błotem. Organizuje się prowokacje, fałszywie oskarża, tworzy „dowody” bez podstaw. Mogłabym odpowiedzieć tym samym, bo cała ta sprawa powoduje, że mam coraz większą wiedzę o wielu sprawach, gdyż nie jestem jedyną, nie jestem pierwszą, zapewne nie ostatnią, z którą postąpiono w ten sposób. Najbardziej smuci to, że chyba, (tak, coraz bardziej mam co do tego wątpliwości), stoimy po tej samej stronie barykady. W momencie, gdy sąd stwarza problemy przy rejestracji organizacji NGO mającej w swoich celach działanie na rzecz środowisk LGBTQIA takie postępowanie, jakiego stałam się ofiarą, jest czymś kompletnie bezsensownym. Wiem o tym, nawet dzisiaj w jednej z rozmów o tej całej sytuacji, spotkałam się z identyczną opinią. Nie zamierzam odpowiadać tą samą bronią, jaką ci ludzie walczą ze mną w imię swoich kompletnie dla mnie nie zrozumiałych pobudek (jedyna, jaką jestem w stanie tutaj wskazać to taka, że mam inny sposób na walkę o nasze prawa, i taka, że zbyt dobrze znam tematykę, którą się zajmuję, dlatego nie pozwalam komuś, kto takiej wiedzy nie ma, narzucać sobie ich zdania). Tylko, czy tą sa powody do tego, by generować taką nienawiść?

I w dodatku brak wiedzy. Elementarnej. Wiedzy co do tego, kto za co odpowiada w organizacji. Cóż, ja poświęciłam sporo czasu na naukę, na studiowanie ustaw, na szkolenia. ja wiem, kto za co odpowiada…

Miałam nadzieję, że po tej burzy sprawa jednak sama ucichnie. Zgłaszając sprawę bardziej chciałam doprowadzić do opamiętania, ale także do dania sobie szansy przedstawienia swojej wersji wydarzeń. Ten cel już osiągnęłam i naprawdę wystarczyłoby tak niewiele, odrobinę dobrej woli, by tą sprawę zakończyć. Niestety, ciągle dowiaduję się o nowych faktach, o kolejnych próbach dyskredytowania mnie, a nawet podważania kompetencji ludzi ze mną współpracujących. I z każdą taką informacją, która do mnie dociera, coraz bardziej jestem przekonana, że nie zostawia mi się wyboru. Praktycznie nie zastanawiam się już czy. Zastanawiam się kogo, czy poszczególne osoby, czy całą organizację. Ja wcale nie ukrywam, że nie jestem bez winy. Nie trudno było wykorzystać moją otwartość i ufność przeciwko mnie. Na pewno popełniłam błędy, dałam się złapać w zastawione pułapki. Jednak mam jedną manię, która jest wynikiem moich wielu lat doświadczeń (zaczynałam na tym polu działać jesienią 2011 roku, gdy wiele z tych osób, które dziś są najbardziej zacietrzewione w walce ze mną, nie wiedziały zapewne co znaczy skrót LGBTQIA {nie LGBT+}). Nigdy niczego nie kasuję, a nawet jak kasuję, to najpierw zapisuję u siebie na dysku. Całkiem niedawno właśnie w ten sposób zdemaskowałam jedną z prób pomówienia mnie. Mam taką bardzo naiwną cechę: wierzę w dobro drugiego człowieka. Zwłaszcza teraz, gdy wiara w Boga jest dla mnie tak ważna, mam tej wiary w dobro jeszcze więcej, dlatego z chęcią bym sobie dała spokój. Jednak te kilka lat nauczyło mnie jeszcze jednego…

…bezwzględnej walki o swoje dobre imię i o to, co uważam za ważne i słuszne. Dlatego nie będę miała skrupułów i nie ja się będę martwiła skutkami. Tak, jak już kilka razy mówiłam, nikt tego nie wygra, ale ja o swoje dobre imię będę walczyła. I nie będę przebierała w środkach.

Kurcze, nie rozumiem, może ktoś mi to wytłumaczy, jak ludzie, którzy na ustach mają walkę z dyskryminacją, walkę o równość i poszanowanie praw drugiego człowieka, mają kompletnie za nic to, co przeszłam w swoim życiu. Jakie trudności musiałam pokonać. Gdyby to spotkało mnie ze strony osób z przeciwnej strony barykady, byłabym to w stanie zrozumieć. Jednak nie, mimo, że nie ukrywam się, nie przemykam chyłkiem, postawiłam na pełna otwartość i całkowicie podniesiona przyłbicę, tamta strona daje mi spokój. Zresztą po co miałaby się trudnić, skoro może mnie zniszczyć rękoma swoich przeciwników. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej przykre. Po co nam skrajna prawica, jak nie musi palcem kiwnąć, byśmy sami siebie wykończyli…

Oddaję Bogu…

Od dwóch dni byłam bardzo wzburzona sytuacją, jaka się wydarzyła. Boli mnie ta skala perfidii i nienawiści, jakiej doświadczyłam. Zabolała mnie obojętność tak wielu, na któtych jakąkolwiek reakcję liczyłam.

Wczoraj zadzwoniła do mnie Ania. Rozmawiałyśmy i zasiała mi w duszy ziarno, które zaczęło kiełkować. „Oddaj Bogu, panu Jezusowi to, co Cię boli. Pomyśl, że dzieje się to dlatego, byś inaczej być może spojrzała na to, co dzieje się w Twoim życiu.”

Rozumiałam co do mnie mówi, bo w ostatnim czasie temat wybaczenia, prawdziwego, a nie na pokaz, zmiany priorytetów, zmiany postrzegania tego, co się dzieje wokół mnie, pytanie o sens pewnych kontaktów, pojawiały się często. Wiele z tego, co słyszałam, co sama zaczynałam mówić, padało na podatny grunt w mojej duszy.

Dziś poszłam na mszę. Wspominaliśmy męczennika Św. Floriana. Podczas medytacji po mszy nagle gdzieś w oddali zagrała trąbka. Przeniosłam się w czasie na pogrzeb mojego ojca, gdzie głos trąbki był zaskoczeniem, gdyż był niespodziewanym prezentem. Nawet nie przypuszczałam, że ten dźwięk tak wrył mi się w pamięć i wywoła dziś takie skojarzenia. Po co truć sobie życie? Po to, by na końcu stwierdzić, że to było totalnie bezsensowne?

Podczas Homilii nagle poczułam to, bardzo wyraźnie. Spłynął na mnie spokój. Nagle uzmysłowiłam sobie, że nie ma we mnie gniewu, nie ma chęci odwetu. Mogłam powiedzieć zupełnie szczerze Karolino Lemur Niedźwiecka wybaczam Ci. Wybaczam Tobie i wszystkim pozostałym osobom zaangażowanym w tą nagonkę na moją osobę. Wiem, że prawda zwycięży, a skoro Bóg mnie tak doświadcza, robi to po to, bym stała się jeszcze lepsza, poprzez doświadczanie uczę się pokory i zaczynam coraz lepiej rozumieć, jaki świat mnie otacza i jakie miejsce w tym świecie jest dla mnie przeznaczone.

Ania mi opowiadała, co przeżyła ponad 4 lata temu, gdy zawierzyła Bogu. Ja teraz przeżywam to samo co wtedy Ona. W wielu kwestiach dotyczących wiary różnimy się, ale powiedziała, że upomni mnie, bo uważa, że tak powinna zrobić, ale pozostawia mi prawo wyboru. Już niedługo spotkamy się. Widziałyśmy się ostatni raz kilka lat temu, obie wtedy byłyśmy w kompletnie innych światach. Ale nie obawiam się naszego spotkania. Bo Ania jest tą, która nauczyła mnie słuchać. I jest jedną z nielicznych, a przez długi czas jedyną, której słuchałam, której rady nawet, jak nie stosowałam, analizowałam i zawsze sobie ceniłam.

Dzisiaj podczas mszy poczułam tak mocno, że mam to wszystko złożyć na ręce pana Jezusa, że po prostu to zrobiłam i od razu poczułam spokój.

Procedury, które uruchomiłam, pozostaną uruchomione, bo nadal uważam, że powinnam to zrobić. Gdyby oszczerstwa dotyczyły tylko mojej osoby, w tej chwili bym odpuściła, wierząc, że moje postępowanie i to, kim jestem, obroni się samo. Biorąc jednak pod uwagę, że cała ta sytuacja wpływa pośrednio na osoby, które mi zaufały, i za które czuję się odpowiedzialna oraz może negatywnie wpłynąć na działalność mojej Fundacji, która została założona, by zgodnie z celami statutowymi przeciwdziałać wykluczeniom, będę kontynuowała rozpoczęte działania. Jednak na pewno nie przerodzą się one w formę zemsty na żadnej z osób zaangażowanych w szkalowanie mojej osoby.

Zaufałam Bogu i tego zamierzam nadal się trzymać. Zapewne poskutkuje to także innym doświadczeniem Ani, radykalnym przebudowaniem grona znajomych, co zresztą już się dzieje. Jednak jeszcze nie dojrzałam do tego momentu, by wprowadzić to w życie, choć ten moment jest coraz bliżej. I nie chodzi o to, że ktoś mi wyrządził krzywdę. po prostu zaczynam dostrzegać, jakie kontakty, jacy ludzie są mi bliscy, a jacy już nie.

 

„Komentarz” do tej historii:

http://tranzycja.blog.pl/2017/05/03/na-ostrzu-noza/

 

18289880_1527765597274253_951244051_o

Właściwie nie powinnam się odnosić do takiej formy wypowiedzi, ale wyjaśnię tylko jedno „nieporozumienie”. Opisana sprawa nie dotyczy grupy wsparcia dla osób trans, gdyż nikt z osób tutaj wspomnianych nigdy na niej nie był, nie brał udziału w jej zajęciach.

Mam dowody na to, że cała sytuacja została ukartowana i zaaranżowana, by mnie zdyskredytować. Wiem, z kim rozmawiałam, wiem o kim, mam zapis mailowy rozmów. gdy zajdzie taka potrzeba, przedstawię dowody w sprawie.

 

Na ostrzu noża

Wszystko zaczęło się jeszcze w listopadzie zeszłego roku. Cały czas miałam jednak nadzieję, że uda się wypracować coś, co zadowoli obie strony. Jednak przeszłam w życiu zbyt wiele, bym mogła pozwolić na to, by całkowicie podporządkować się woli innych. Nie udało się to mojej byłej żonie, z którą przeżyłam ponad 20 lat, więc jak osoby, które miały ze mną do czynienia przez kilka miesięcy, mogły osiągnąć to, czego nie udało się mojej żonie? Jak mogły mnie sobie zupełnie podporządkować? Nie mogły, gdyż ja, gdy sytuacja mnie do tego zmusza, nie obawiam się konsekwencji swoich czynów, nie obawiam się radykalnych posunięć. I nie obawiam się stawiać wszystkiego na ostrzu noża.
I postawiłam. Ponownie.
Najpierw informacja Fundacji Trans-Fuzja o zmianach w funkcjonowaniu naszej poznańskiej grupy wsparcia, której, wypada to tutaj podkreślić, byłam inicjatorką i współzałożycielką:
Od maja nasza grupa wsparcia w Poznaniu zmienia swój status oraz miejsce spotkań. Na najbliższe spotkanie samopomocowej grupy wsparciowej zapraszamy w najbliższy piątek 5 maja o godz. 19.00 do siedziby szkoły tańca One Dance Studio przy ul. Garbary 64.
Ze wzgledu na to, że poznańskie Stowarzyszenie Grupa Stonewall zerwało współpracę z Fundacją Trans-Fuzja, zmuszeni zostaliśmy do zmian organizacyjnych i lokalowych w dalszym prowadzeniu naszej poznańskiej grupy wsparcia. Tymczasowo będzie ona kontynuowała działalność w nowym miejscu jako samopomocowa grupa wsparciowa. Grupę prowadzi nowo powstała Fundacja Akceptacja w porozumieniu z Fundacją Trans-Fuzja.

W odpowiedzi na tą informację pojawiło się oświadczenie Stowarzyszenia Grupa Stonewall z dnia 02.05.2017
Drogie Osoby,

w związku z ogłoszeniem zamieszczonym na stronie Fundacja Trans-Fuzja (link poniżej) czujemy się w obowiązku uzupełnić zawarte w nim informacje.

Decyzja o zakończeniu działania grupy wsparcia dla osób transpłciowych w dotychczasowym kształcie była podyktowana poważnymi zastrzeżeniami co do kompetencji i sposobu działania wolontariuszki fundacji Trans-Fuzja, która została oddelegowana do współprowadzenia spotkań grupy, a także brakiem porozumienia co do zakresu i zasad współpracy oraz podziału kompetencji między Fundacją Trans-Fuzja i Stowarzyszeniem Grupa Stonewall.

Powyższe zastrzeżenia w naszej ocenie uniemożliwiają realizację najważniejszego celu grupy, czyli udzielania profesjonalnego i opartego o zasady etyki zawodu psychologa wsparcia osobom transpłciowym. Wobec tego podjęliśmy i podjęłyśmy decyzję o rozwiązaniu współpracy z Fundacją Trans-Fuzja w zakresie prowadzenia poznańskiej grupy wsparcia dla osób transpłciowych.

Jednocześnie, mając na uwadze przede wszystkim dobro poznańskiej społeczności osób transpłciowych, podjęliśmy decyzję o powołaniu grupy wsparcia KOKON. Będzie ona prowadzona wyłącznie przez psychologów i w naszej ocenie zapewni profesjonalną i bezpieczną pomoc uczestniczącym w niej osobom.

Jednocześnie podkreślamy, że jesteśmy pełni i pełne uznania dla zasług Fundacji Trans-Fuzja na polu działania na rzecz społeczności osób transpłciowych w Polsce. Deklarujemy pełne wsparcie dla jej działań i gotowość do nawiązywania współpracy w przyszłości.

Pozdrawiamy,
Zarząd Stowarzyszenia Grupa Stonewall
href=”http://transfuzja.org/pl/artykuly/zapowiedzi_trans/2017_05_05_poznan_spotkanie_samopomocowej_grupy_wsparciowej.htm” 

W odpowiedzi na to oświadczenie wystosowałam własne:

W grudniu stałam się obiektem ataku personalnego, o czym powiadomiłam Zarząd mojej rodzimej organizacji, czyli Fundacji Trans-Fuzja. Po spotkaniu zarządów obu organizacji, dostałam zapewnienie, że zostaną wyjaśnione wszystkie nieporozumienia pomiędzy moją osobą, a Zarządem Grupy Stonewall. Pod wpływem takiej decyzji zgodziłam się, mimo chęci rezygnacji już wtedy z dalszej współpracy z Grupą Stonewall, na dalsze współprowadzenie grupy wsparcia dla osób trans na dotychczasowych zasadach. Niestety, mimo kilkukrotnego zwracania się do Zarządu GS w osobie Prezesa Arka Kluka o przeprowadzenie rozmów, nie zostało nic wyjaśnione, natomiast cały czas wokół mojej osoby narastał konflikt, który doprowadził mnie do decyzji rezygnacji z prowadzenia grupy we współpracy z Grupą Stonewall. Mimo to zostałam pomówiona i wystosowano oficjalne pismo w mojej sprawie do zarządu Fundacji Trans-Fuzja. Z informacji przeze mnie uzyskanych mam podstawy uważać, że stałam się ofiarą prowokacji mającej na celu zdyskredytowanie mojej osoby. Biorąc to wszystko pod uwagę, oraz uwzględniając różne inne sytuacje, jakie stały się moim udziałem w okresie od listopada zeszłego roku, uznaję, że w rażący sposób zostały naruszone moje dobra osobiste i rozpatruję wszczęcie kroków prawnych przeciwko osobom, które je naruszyły. O całej sprawie poinformowałam już Rzeczniczkę Przeciwdziałania Wykluczeniom Przy Prezydencie Miasta Poznania, panią Martę Mazurek. Rozważam też zgłoszenie sprawy do Rzecznika Praw Obywatelskich. Ze swojej strony złożę też oficjalne zawiadomienie, w którym opiszę dokładnie przebieg wszystkich sytuacji, w jakich brałam udział i które mają wpływ na ocenę, jaką wystawił mi Zarząd Stowarzyszenia Grupa Stonewall oraz postępowanie zaangażowanych w te działania osób do Fundacji Trans-Fuzja, której jestem wolontariuszką. Na swoją renomę pracuję od lat. Obecnie jestem prezesem nowo powstałej Fundacji Akceptacja, która będzie pracowała z wieloma grupami społecznymi, dlatego nie pozwolę na dyskredytowanie mojej osoby. Jeżeli uznam za celowe, złożę też doniesienie do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Z poważaniem
Anna Maria Szymkowiak (Lukrecja Kowalska)
do wiadomości Edyta Baker Laura Filipczak Krystyna Wasiak Marta Mazurek

Zarząd Fundacji Trans-Fuzja także odniósł się do oświadczenia Stowarzyszenia Grupa Stonewall:

W związku z opublikowaniem na fanpage’u na Facebooku oświadczenia poznańskiego Stowarzyszenia Grupa Stonewall dotyczącego zerwania współpracy z Fundacją Trans-Fuzja w sprawie prowadzenia grupy wsparcia dla osób transpłciowych w Poznaniu, zmuszeni jesteśmy do wydania poniższego oświadczenia.
Decyzja o zerwaniu współpracy z Fundacją Trans-Fuzja (dalej: TF) w sprawie prowadzenia grupy wsparcia dla osób transpłciowych została podjęta jednostronnie przez zarząd Stowarzyszenia Grupa Stonewall (dalej: GS), mimo wcześniejszych zapewnień o chęci współpracy.
Zarząd GS nie jest instancją władną oceniać kompetencje wolontaiuszy TF. Szczególnie w sytuacji głębokiego konfliktu personalnego pomiędzy zarządem i kadrą GS a wolontariuszką TF współprowadzącą poznańską grupę wsparcia dla osób transpłciowych. Pragniemy podkreślić, że konflikt ten był długotrwały i pomimo podjęcia w grudniu 2016 r. mediacji przez zarząd TF, zarząd GS nie uczynił nic, by go wygasić, a wprost przeciwnie: doprowadził do eskalacji, której efektem jest sytuacja obecna.
Jednocześnie nadmieniamy, że ze strony naszych beneficjentów, tj. osób uczęszczających na spotkania poznańskiej grupy wsparcia dla osób transpłciowych, nigdy nie wpłynęła żadna skarga na postępowanie naszej wolontariuszki współprowadzącej grupę. Jedyną skargę, jaka wpłynęła do TF, sporządziła osoba z kadry GS na podstawie doniesienia drugiej osoby z kadry GS dotyczącego wydarzenia nie mającego żadnego związku z działalnością poznańskiej grupy wsparcia dla osób transpłciowych.
TF nie widzi żadnych powodów, by traktować taką skargę inaczej, jak celowe działanie mające na celu zdyskredytowanie w naszych oczach naszej wolontariuszki.
TF przyznaje głęboką rację GS co do faktu braku porozumienia w sprawie zakresu i zasad współpracy oraz podziału kompetencji między TF a GS. Odnosząc się to tego faktu, GS zapomniała jednak napisać, że propozycje zasad współpracy i podziału kompetencji TF przesłała GS 16 stycznia. Zarząd GS nie znalazł przez ponad trzy miesiące czasu, by się do tych propozycji ustosunkować lub wystąpić z własnymi. Pretensję o brak takich porozumień i uzgodnień może więc zarząd GS mieć wyłącznie do siebie, nie powinień zaś nim tłumaczyć zerwania współpracy z TF.
GS myli się twierdząc, że zatrzeżenia wobec naszej wolontariuszki „uniemożliwiają realizację najważniejszego celu grupy, czyli udzielania profesjonalnego i opartego o zasady etyki zawodu psychologa wsparcia osobom transpłciowym”. Grupy wsparcia dla osób transpłciowych działające pod auspicjami TF pracują według przyjętych przez organizację standardów, a nie według zasad etyki zawodu psychologa. „Grupa wsparcia” to nie to samo, co „psycholog”. Zasady etyki zawodu psychologa obowiązują w tym przypadku psychologa współprowadzącego grupę (rekomendowanego przez GS), ale nie naszą wolontariuszkę, która psychologiem nie jest i nie ma żadnych powodów, by miała się kierować zasadami etyki zawodu, którego nie uprawia.
Podkreślamy, że napięta sytuacja pomiędzy zarządem i kadrą GS a naszą wolontariuszką była nam znana od kilku miesięcy. Zakończyła się ona świadomą rezygnacją naszej wolontariuszki z dalszej współpracy z GS i tym samym ze współprowadzenia poznańskiej grupy wsparcia. W naszej ocenie, rozwiązywało to problem, a TF wyraziła chęć dalszego prowadzenia poznańskiej grupy we współpracy z GS. Wtedy właśnie otrzymaliśmy maila z informacją o rezygnacji przez GS z dalszej współpracy z nami. Motywacje rozwiązania przez GS współpracy z TF trudno uznać za szczere, jeśli okoliczności, o których pisze GS, przestały istnieć. Czujemy się potraktowani wbrew zasadom partnerstwa i dobrym praktykom przyjętym we współpracy organizacji pozarządowych. Tym samym wyrazy uznania wobec naszej organizacji, wyrażone w oświadczeniu GS, uznajemy wyłącznie za dyplomatyczną kurtuazję bez pokrycia w postępowaniu poznańskiego stowarzyszenia wobec naszej organizacji.
Zarząd Fundacji Trans-Fuzja

Nie wiem, jakie kroki podejmę w tej sprawie. Na chwilę obecną złożyłam oficjalne zawiadomienie na ręce Rzeczniczki Do Spraw Przeciwdziałaniu Dyskryminacji Przy Prezydencie Miasta Poznania, Pani Marty Mazurek. Będę na pewno rozmawiała o tym z Zarządem Fundacji Trans-Fuzja i odbędę konsultację z doradcą prawnym.

O wynikach na pewno poinformuję.

Tak niedawno pisałam i mówiłam, że najwięcej złego, najwięcej hejtu i transfobii spotkało mnie ze strony środowiska LGBT. Oczywiście nie całego, ale to z niego wyszło najgorsze, co mnie spotkało. I teraz mam tego kolejne potwierdzenie. Na szczęście są w naszym środowisku także organizacje i osoby, które nie pozostają obojętne na takie sytuacje.

Poza wyrazami wsparcia ze strony Trans-Fuzji podobne zapewnienie dostałam ze strony Kampanii Przeciw Homofobii.

Hejtowi mówię STOP!

 

Wstęp, a może zakończenie? Czyli kilka słów o kolejnej książce.

Wielokrotnie w trakcie procesu, gdy wdawałam się w dyskusje o jego przebiegu, spotykałam się z zarzutami, że propaguję metody niegodne z tym, do czego powinniśmy dążyć. Że chwalę metody, które są przestarzałe, kontrowersyjne, nieodpowiadające standardom, do jakich powinno się dążyć.

Ok, zgadzam się, że proces ten wymaga zmian. I sama bardzo często w różnych rozmowach to podkreślam. Zgadzam się, że wiele aspektów powinno wyglądać inaczej. Sama kiedyś w faktach TVN powiedziałam, że test realnego życia to okrutny survival. Ale…

Właśnie to ale.

Ja w swoich działaniach postanowiłam skupiać się na pomocy tu i teraz. I takie przesłanie towarzyszy powstaniu tej książki i zapisu mojego procesu tranzycji.

Przeszłam go w całości w taki a nie inny sposób. Wiem, czego chciałam dzięki niemu się dowiedzieć, czego uniknąć, gdzie dotrzeć. I przede wszystkim zrobić to tu i teraz (zaczynałam w kwietniu 2015 roku). Gdy ktoś mnie zapyta, jak powinien to zrobić dzisiaj, w tej rzeczywistości, w jakiej żyjemy, powiem mu, że w taki sposób, niedoskonały, być może nawet łamiący pewne standardy, które już w pewnym stopniu funkcjonują, można osiągnąć zamierzony efekt.

Jestem kobietą po przejściach. Mam rodzinę (byłą żonę, syna, siostrę i Jej rodzinę), miałam rodziców, mam dalszą rodzinę i nie tylko, że nie uważałam, że pytania ich dotyczące w trakcie diagnozy były czymś nie na miejscu, lecz wręcz dążyłam do nich, bo dla mnie proces tranzycji to nie „ja” tylko „my”. Dotyczy on wszystkich moich bliskich. I od razu podkreślam, dla mnie było to dobre i wskazane i wiem, że pomogło nie tylko mnie, ale pośrednio także moim bliskim, gdyż byłam w stanie lepiej ten cały proces przeprowadzić z ich „udziałem”. Dlatego, gdy ktoś mnie zapyta, czy proces tranzycji dotyczy tylko „mnie” czy dotyczy „nas”, odpowiem, że „nas” i powinno się to uwzględnić w diagnostyce. Co oczywiście nie znaczy, że każdy ma się do tej rady stosować.

Tak samo moja seksualność. Podejście do tego zagadnienia w odniesieniu do tego, że zmieniam cały swój świat, zmieniam postrzeganie siebie, jest jak najbardziej na miejscu. Tutaj też rozmowy na ten temat bardzo mi pomogły, więc też uważam, że są wskazane i mogą pomóc.

Jednak powtórzę, to moje doświadczenia tak mi każą mówić, co nie znaczy, że każdy ma się do nich stosować. Tak samo, gdy polecam diagnostów to nie dlatego, że uważam, że są najlepsi w branży, ale dlatego, że ja jestem zadowolona z ich pracy. Nie oceniam ich metod a skutek. Gdyż tak właśnie widzę ten problem w odniesieniu do konkretnej osoby, która tu i teraz chce przejść proces. Najważniejszy jest efekt, i to nie tylko pozytywny przebieg rozprawy, ale „ja” w otaczającym mnie najbliższym świecie (rodzina, przyjaciele, praca, sąsiedzi).

Z tego samego powodu uważam, że ten wyklęty wręcz test realnego życia, który i moim zdaniem jest pomyłką, ma jednak swoją wartość. W rzeczywistości, w jakiej obecnie żyjemy, jestem przekonana, że tylko sprawdzenie siebie w takim teście może dać odpowiedź, czy podołam, czy to, że widzę w sobie kobietę/mężczyznę jest na tyle silne, że będę w stanie, dzień za dniem, być może do końca życia, mierzyć się z różnymi problemami i wyzwaniami, wielkimi, dotyczącymi ważnych spraw, ale i prozaicznymi sytuacjami życia codziennego (jeden, bardzo kuriozalny, ale dobrze pokazujący to, o czym piszę, przykład: w moim wieku zarost jest bardzo widoczny. Nie stać mnie na laserowe zabiegi usunięcia go, więc codziennie rano, czy chcę, czy nie, muszę zrobić makijaż. Poza tym, muszę myśleć o tym, że wieczorem będzie już ponownie widoczny. Mieszkam na osiedlu. Niekiedy zdarza się, że mam dzień lenistwa, gdy nie muszę wyjść z domu, ale nagle okaże się, że muszę, chociażby w tak prozaicznej sprawie, jak wyniesienie śmieci, bo coś się stało i nie mogą poczekać do następnego dnia. Wtedy, by wyjść na kilka minut na dwór i przejść 100m do osiedlowego śmietnika, muszę zrobić pełny makijaż, który zajmuje mi z goleniem prawie godzinę).

Takich „drobiazgów” mam w życiu dostatek. Albo to, że mijam jakąś parę i słyszę: „tej, to był facet”. I głośny śmiech. Nie wystarczy przejść pełnej diagnozy i procesu sądowego, by świat nagle zaczął patrzeć na ciebie inaczej, zwłaszcza, gdy już nie masz „naście” albo dwadzieścia parę lat.

Ja mogę powiedzieć, że nie mam problemu, bo nawet takie teksty, jak wspomniany wyżej, mnie śmieszą (choć zawsze trochę bolą i irytują, i tak chyba już zostanie), ale wiem, że ten stan osiągnęłam dzięki temu, zwał jak zwał, testowi. Fakt, że ja go nie robiłam bo miałam takie zalecenie, ale był wymogiem mojej mojego lekarza prowadzącego, więc i tak bym mu się poddała. Ja go robiłam, bo chciałam, bo uważałam, że skoro jestem kobietą, to chcę żyć jak kobieta, i muszę to sprawdzić, zanim podejmę radykalne kroki. Dlatego, gdy okazało się, że mam się poddać operacji, nie miałam wątpliwości. Mogłam się skupić tylko na tym, w jaki sposób i za co ja przeprowadzić, a nie, czy tej nieodwracalnej zmiany nie będę potem żałowała.

Można oczywiście dyskutować o zasadności wymagania testu realnego życia w ramach samego procesu. Tutaj oczywiście jestem zgodna, że jego przeprowadzenie powinno być decyzją samej osoby diagnozowanej, jednak też uważam, że diagnosta powinien, nawet, jak by go nie wymagał, wyjaśnić, dlaczego warto byłoby się mu poddać. Tak, jak rozumiem tych, co mówią, że to łamanie praw człowieka, tak samo rozumiem tych, którzy mają swoim nazwiskiem podpisać się pod decyzją, która zmieni życie innego człowieka. Zmieni bardzo radykalnie.

Zapewne to, co teraz napiszę, sprowadzi na moją głowę kolejne gromy, ale jak próbuję sobie siebie wyobrazić, że diagnozuję osobę, której mam wystawić opinię dla seksuologa potrzebną do pozwu sądowego, nie umiem sobie wyobrazić, że mogłabym cokolwiek zlekceważyć. Tak łatwo mówić, jak coś powinno wyglądać, jak nie trzeba podjąć decyzji w odniesieniu do konkretnej osoby, która w pełni ufa naszej ocenie. I brałabym też pod uwagę sytuację, w jakiej osoba diagnozowana się znajduje, bo zwłaszcza w obecnych czasach ma to ogromne znaczenie.

Zawsze będę w rozmowach dotyczących procedur podkreślała konieczność ujęcia ich w sformalizowane ramy i uproszczenia ich. Jednak w konkretnym przypadku osobie, która mnie zapyta, co i jak ma zrobić, powiem, jaki scenariusza ma przyjąć, by osiągnąć zamierzony cel w najlepszy możliwy sposób.

Poruszę jeszcze jeden problem. Dzieci. Nie będę ukrywała, że mając niepełnoletnie dzieci, podejmując proces tranzycji z prawną korektą, utraci się prawa rodzicielskie. Uważam to za barbarzyńskie, tak samo, jak zmuszanie do rozwodu. Ale tak jest obecnie i oczywiście, gdy ktoś będzie chciał walczyć, to oczywiście może, i chwała mu za to. Ale powiem też, że decydując się na pełną korektę musi liczyć się z tym, że te prawa utraci. Gdyż właśnie tak postrzegam informowanie konkretnej osoby. Przedstawienie wszystkich aspektów, wskazanie zagrożeń, pokazanie sposobu realizacji. I próbę znalezienia najlepszego rozwiązania. A nie zmienianie systemu, bo nie każdy chce i ma siłę, by ten system zmieniać. Jak chce przejść proces skutecznie, to ma do tego prawo i ja tą książką jeden z takich skutecznych sposobów chcę pokazać.

Cały czas wierzę, że doczekam czasów, gdy nie będzie trzeba dokonywać tak bolesnych wyborów podejmując decyzję prawnej korekty płci, ale dopóki mamy taką sytuację, jaką mamy, zawsze będę stawiała na pierwszym planie skuteczność, efekt, a nie metodę diagnostyczną.

Miałam dobre relacje z mamą, spojrzałam inaczej na ojca, gdy opiekowałam się nim w ostatnich miesiącach jego życia, a on do mnie mówił „waćpani”. Mam bardzo dobre relacje z siostrą i Jej rodziną. Mam dobre relacje z synem. Mam dobre, a nawet nie bałabym się powiedzieć, bardzo dobre relacje z ludźmi z przeróżnych grup społecznych i środowisk. Wierzę w Boga i głośno o tym mówię. W czerwcu zostanę Akolitką, chyba pierwszą trans kobietą w tej roli w Polsce. Mam bardzo złe doświadczenia ze środowiskiem LGBT, praktycznie w chwili obecnej to jedyne złe relacje, jakie są moim udziałem.

Wszystko to, także ten ostatni punkt (czego akurat nie żałuję i nie uważam za porażkę), są wynikiem tego, w jaki sposób przeszłam proces tranzycji, proces odkrywania siebie.

I właśnie o tym opowiem w przygotowywanej już do druku kolejnej książce: „Ostatni rozdział?”, która pojawi się jesienią tego roku.