„Skazana” na sukces

Takie dosyć przewrotne stwierdzenie, ale wcale nie takie nieuzasadnione.

Mimo tego, że ostatnio jakiś cymbał prychał (lub jakoś tak, nie wiem, jak to określić) mijając mnie na przejściu. Albo te krzyki z rusztowania. To i tak doświadczam tyle pozytywnych reakcji, że właściwie to się tylko z politowaniem śmieję z tych prób.

Starsze pokolenie, które wydawać by się mogło, że wychowane w innych czasach i według innych wzorców, będzie miało większy problem z kimś takim jak ja, mogłoby być przykładem taktu i empatii dla wielu młodych, także tych, którzy zwłaszcza ostatnio mnie bolą. Albo inaczej, boleli, bo już przestali. Wiem, że po mnie widać i wiem, ze to się nie zmieni, a jednak…Starszy pan otwiera przede mną drzwi. Z grupą przybyłych seniorów na taneczne spotkanie rozmawiamy zupełnie swobodnie. Pani przeprasza mnie, że się przejęzyczyła, bo mam męski głos, który Ją zmylił! Czy można piękniej pokazać akceptację dla inności drugiego człowieka? Inna pani pisze na fb, że jestem po prostu wspaniałym człowiekiem. Inna pani bez skrępowania korzysta z moich rad w zakresie tańca towarzyskiego. Ani przez chwilę nie czułam się dyskryminowana w jakikolwiek sposób.

Szkoła tańca. Prowadzi ją gej. Na moje pytanie, czy mogę chodzić na zajęcia taneczne, konsternacja. Nie da się, chyba, że jakieś zajęcia indywidualne. A ja chcę tańczyć z ludźmi, w grupie. Sama to sobie w domu mogę. Inna szkoła. Zaprzyjaźniamy się. Zaczynamy robić razem coraz to nowe projekty. Nie ma nic przeciwko temu, kim jestem. Mogę uczyć tańczyć, mogę uczyć się tańczyć. Omawiamy plany. Pomagamy sobie wzajemnie…Dwie szkoły, dwa bieguny.

Burza z jednym postem. Ciekawa jestem burzy, jaką wywoła kolejna okazja, jaka już niedługo będzie, bo nie omieszkam się tym pochwalić. Poprosiłam Tomka, by sformalizował moją posługę. Już niedługo, po szkoleniu zostanę pełnoprawną Akolitką. Kto wie, czy nie pierwszą trans kobietą pełniącą tą formę posługi oficjalnie nie tylko w Polsce, ale i w Europie. To się już niedługo stanie faktem.

Telefon: „Ania, Ty jesteś wzorem dla pozostałych Innowatorów. Dziś wskazałam Ciebie jako przykład skuteczności i tempa realizacji”(mentor w ramach projektu Innowacji).

Rozmowa: „Kasia miała rację. Łapiesz w locie, analizujesz i od razu wchodzisz w temat. Świetnie się z Tobą pracuje” (doradca budżetowy w ramach projektu Innowacji).

Wypowiedź: „To niezwykłe. Cały czas pod górkę, a tu nagle dwie osoby chcą mi pomóc i robią to w bardzo konkretny sposób” (wypowiedź podczas konsultacji psychologicznej).

To wszystko dzieje się cały czas. Coraz częściej łapię się na tym, że muszę sobie przypominać, kim jestem, bo moi rozmówcy, nawet, jak poruszamy temat transseksualizmu, dają mi odczuć tak wielką empatie i zrozumienie, a jednocześnie tak niezwykłą NORMALNOŚĆ, że coraz częściej czytając wypowiedzi innych osób transpłciowych na różnych forach zaczynam się zastanawiać, czy my mieszkamy w tej samej rzeczywistości…

Jakoś nie widzę innego wyjścia jak tylko to, że jestem „skazana” na sukces.

Dziękuję Wam wszystkim, dzięki którym na ten sukces jestem „skazana”. Jest Was tak wielu, że nocy by mi pewnie zabrakło na wymienienie Was. Ale wiem, że Wy wiecie, że to o Was chodzi. Jednak, gdybym sobie trud wymienienia Was zadała, pewnie…lista ta by zaskoczyła wielu…

I jeszcze taka myśl na koniec. Fajnie jest uświadomić sobie, że na wyciągniecie ręki są takie talenty jak brylanty, trzeba tylko po nie sięgnąć. Jakoś tak ostatnio stwierdzam, że potrafię je dostrzegać…

Wyznanie Wiary

17973663_1235875359844887_7436572770851269260_oZdjęcie, które wywołało dyskusję. A właściwie zdjęcie i podpis „Alleluja. Chrystus zmartwychwstał”.

Wierzę w to, że Chrystus zmartwychwstał. Wierzę, że jest obecny w moim życiu. Czy mam się tego wstydzić? Czy nie mam o tym mówić?

Zdjęcie z podpisem „Alleluja. Chrystus zmartwychwstał” zamieściłam na facebooku, na mojej tablicy. I wywołało to dyskusję. Sprowokowało co niektórych, do tego, że wyśmiali to, że wierzę w Chrystusa i w to, że zmartwychwstał. Nie rozumiem tego zacietrzewienia, ale nawet nie próbuję. Sama nie narzucam nikomu niczego. I od dłuższego już czasu nie krytykuję, nie śmieję się, nie wypominam komuś tego, że ma swoje wizje, swoje zdanie, swoje postrzeganie rzeczywistości. Natomiast swojego postrzegania siebie, tego, co w moim życiu ważne, nie zamierzam ukrywać. Analizując wywołaną dyskusję, doszłam do wniosku, że zdaniem co niektórych, moim obowiązkiem jest takie pisanie o sobie, żeby nie urazić innych, a skoro piszę, to mam być przygotowana na reakcje. Tylko wtedy po co te osoby określają się jako moi znajomi, skoro nie potrafią uszanować tego, co jest dla mnie ważne. Mam na facebooku wielu znajomych. Są tam osoby wierzące różnych wyznań, osoby wierzące w aury, osoby widzące, osoby słyszące, osoby agnostyczne, osoby ateistyczne, osoby negujące, osoby szukające…I co? Mam tak się pilnować, by nikogo nie urazić swoim wyznaniem? Musiałabym przestać pisać cokolwiek.

Jednak zdecydowanie więcej było pozytywnych komentarzy. I to jest właśnie jeden z powodów, dla którego piszę i wrzucam różne treści na swoim profilu. Gdy ja szukałam odpowiedzi, czytałam wypowiedzi innych, moich znajomych zazwyczaj, którzy poruszali interesujący mnie temat, poruszali to, co mnie uwierało lub powodowało, że czuję potrzebę zgłębiania. I bardzo mi te wpisy pomagały. Nawet nie zawsze dawałam w jakikolwiek sposób znać, że czytałam te wpisy. A już na pewno nie przyszłoby mi do głowy wyśmiać, wykpić…Dzięki tym wpisom uczę się czegoś o innych, uczę się czegoś o sobie…

Wracając do dyskusji pod zdjęciem, nie, nie zamierzam ani usuwać ze znajomych, ani blokować możliwości wypowiedzi, ani usuwać komentarzy. Każdy jest odpowiedzialny za to, co pisze. Ja, pisząc ten tekst, dając wyraz swojej Wierze w to, że Chrystus zmartwychwstał, piszę prawdę o sobie. Wierzę w to i uważam, że mam prawo o tym napisać. Nikt mi tego prawa nie odbierze. Natomiast osoba, która nie może powstrzymać się od wykpienia tego, co napisałam, moim zdaniem, wystawia opinię sama sobie. Także to, jak środowisko LGBT reaguje na osoby wierzące stało się jedną z przyczyn, dla których nie określam się już jako aktywistka tego ruchu.

17880666_10156037938653135_114613077939195151_oJednym z efektów tej dyskusji, jaka się wywiązała pod moim zdjęciem, jest decyzja, że zajmę się tematem mojej wiary jeszcze dogłębniej. Napiszę o tym książkę. Z szykowanej obecnie książki usunęłam tematy związane z odkrywaniem przeze mnie Boga i postanowiłam je rozwinąć w osobnym projekcie. Teraz, gdy w albie jako Akolitka służę do mszy, gdy nawet kilka razy w tygodniu biorę udział w Eucharystii i innych nabożeństwach, gdy zdarza mi się nawet odczuwać wręcz ekstazę w związku z obcowaniem z tajemnicami Wiary, coraz bardziej zaczynam sobie zdawać sprawę, jak silna we mnie jednak była kiedyś Wiara, i jak pusty był czas w moim życiu, gdy byłam daleko od Boga. Przekonuję się teraz, że można prowadzić fajne, ciekawe życie, otaczać się wspaniałymi ludźmi żyjąc we Wspólnocie i dzieląc się oraz budując wzajemnie naszą Wiarę. I uświadamiać o tym, jak wspaniała może być różnorodność. I że można to robić z pełnym empatii poszanowaniem różnych poglądów.

Czuję się w pełni akceptowaną członkinią naszej Wspólnoty, która wnosi coś bardzo cennego do niej i daje cos cennego i wartościowego innym członkom Wspólnoty.

17966984_10154563515307194_531336755554685017_o

Odnalazłam wspaniałą rodzinę. Rodzinę, która wzięła mnie z całym bagażem moich doświadczeń i przyjęła z otwartym sercem.

Dzisiaj ponownie wróciłam w rozmowie z Dobromiłem do tematu, który gdzieś tam tkwi we mnie cały czas. Myślę, że jednego jestem coraz bardziej pewna. Wreszcie odnalazłam adresata swojej miłości. Pokochałam Chrystusa w Trójcy Świętej i ta pewność, która jest we mnie coraz silniej zakorzeniona, przywołuje z przeszłości coraz to nowe wspomnienia. Coraz to nowe ślady pragnień, przemyśleń, wzruszeń. Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi droga, na której jestem. Albo inaczej, wiem, gdzie mnie zaprowadzi, tylko nie wiem, jakie wyzwania na tej drodze przede mną postawi. Do czego zostanę powołana. W jaki sposób ją przejdę. Wiem natomiast, że dla pewnych rzeczy, pewnych ludzi, pewnych sytuacji, pewnych postępowań już na niej miejsca nie ma. I coraz bardziej jestem przekonana, że tego miejsca nie będzie już nigdy.

Już jakiś czas temu zauważyłam, że nie akceptuję półśrodków. Jest albo albo. Angażuję się w coś, co robię, z pełnym zaangażowaniem. I bez oporów dokonuję radykalnych wyborów i podejmuję radykalne decyzje. I przede wszystkim potrafię coraz lepiej wybierać to, co jest ważne, skupiać się na tym i podążać za tym. Taka fajna dziś była Homilia. Idziemy z naszą Wspólnotą na przekór tak wielu. Mam swoje skojarzenia, ale ich jeszcze nie zdradzę, ale widzę w tym, co robię, w tym, co się dzieje dookoła mnie, bardzo głęboki sens. Widzę w tym pewien Plan. I zamierzam w nim brać udział.

Amen.

17861781_10156037941328135_6410052074743277109_n

Triduum Paschalne

Liturgia Męki Pańskiej

17948494_120332000164122192_1349817087_oPierwszy raz w swoim życiu biorę udział w całym Triduum Paschalnym. Dopiero od pewnego czasu, a dokładnie od zeszłorocznej pamiątki Okupu, którą obchodziłam w chodzieskim Zborze Świadków Jehowy , zaczynałam rozumieć znaczenie tego, co Chrystus dla nas zrobił. Może nawet prędzej, gdy pierwszy raz zobaczyłam „Pasję” Mela Gibsona. Wtedy byłam od Boga daleko, ale to, jak Mel pokazał Mękę Pańską, bardzo do mnie przemówiło. Samo to, ile i w jaki sposób Chrystus doświadczył  tylko dlatego, że pozostał wierny…Od tamtego czasu oglądałam ten film już kilkakrotnie. Ostatni raz w nocy z czwartku na piątek, czyli w czasie, gdy Chrystus został wydany, pojmany i osądzony. Tym razem szczególnie do mnie przemówił, gdyż już od kilku miesięcy jestem bardzo blisko Chrystusa.

Od momentu, gdy poznałam Tomka bliżej, a było to, co dla mnie jest kolejnym znakiem, podczas uroczystości upamiętniającej śmiertelne ofiary transfobii, zaczęło do mnie docierać, że staję oto przed być może ostatnią szansą, by zrobić rozrachunek sumienia z przeszłością, bardzo trudną przeszłością.

Zbierałam się do tego przez wiele miesięcy. Pytałam siebie, czy już, czy zrobić to. I za każdym razem, jak siebie pytałam, wiedziałam, że nie ucieknę od decyzji. Decyzji, która z każdą odpowiedzią, z każdym odroczeniem, stawała się coraz bardziej pewna. Gdy wróciłam do domu po Liturgii Wieczerzy Pańskiej i obejrzałam „Pasję”, uklękłam i płakałam. Chciałam powiedzieć Chrystusowi, że jestem przy Nim, że bardzo mu współczuję. Że bardzo mu dziękuję za to, co zrobił, za to, na co Siebie wydał. Jak za nas cierpiał. W Wielki Czwartek spędziłam sporo czasu w naszej Kaplicy i usłyszałam bardzo fajne słowa. Usłyszałam pochwałę tego, co i w jaki sposób robię. A było to podsumowanie mojej relacji z rozmowy z Anią, rzeczniczką studentów z niepełnosprawnością. Tomek bardzo fajnymi słowami nazwał to co robię i wskazał, dlaczego mam takie fajne relacje z coraz to nowymi ludźmi. Być może i te słowa zapadły mi tak w serce, że były kolejnym impulsem…

Dzisiaj przed Liturgią Tomek wyjaśnił, co mam podczas niej zrobić. I na koniec zaproponował spowiedź. Szykowałam się do niej już od wielu miesięcy i wiedziałam, że będzie to dla mnie bardzo trudna chwila. Tym bardziej, że bardzo Tomka polubiłam, zaprzyjaźniłam się z Nim, a to zawsze ma dwie strony. Z jednej strony łatwiej, ale z drugiej o wiele trudniej…Podjęłam decyzję, usiedliśmy i praktycznie po kilku zdaniach powiedziałam. Poczułam ogromną ulgę, że wreszcie powiedziałam po latach to, co we mnie tkwi tak głęboko. I zostałam zrozumiana. Zostałam rozgrzeszona.

Wspólnie przygotowaliśmy Adorację Krzyża Pańskiego.

17968239_120332000165062714_951771132_oSiedziałam po Liturgii i wpatrywałam się w płonące świece i widziałam przed oczyma obrazy. Dzięki niezwykłej Homilii Przemka, miałam cały czas w uszach słowa Jezusa. I czułam ten błogi stan oczyszczenia, zmazania win. Wyznałam je, a po chwili Chrystus za nie umarł na Krzyżu. Teraz w pełni wreszcie rozumiem, jak ważna jest ta spowiedź w okresie przygotowania paschalnego. I cieszę się, że wreszcie to zrobiłam. Jestem pewna, że musiałam do tego dojrzeć i właśnie ta cudowna Wspólnota mi w tym pomogła. Siedziałam i wpatrywałam się w Krzyż. I mówiłam do Chrystusa, że jestem przy Nim. Czułam, jak ten leżący Krzyż mnie przyciągał. Gdy przy nim uklękłam i położyłam na nim dłoń, poczułam wręcz ekstazę. Zapewne nie jeden powie, autosugestia…Jak takich mam doświadczać autosugestii to nie mam nic przeciwko.

Dzisiaj miałam przed południem spotkanie z moją mentorką w sprawie konkursu Innowacji. Na wstępie okazało się, że nie tak przygotowałam to, co miałam i za bardzo nie mieliśmy nad czym pracować. A kilka godzin później wychodziłam z bardzo zmodyfikowanym pomysłem i konkretnymi planami. Nie tylko na tą, ale nawet na kolejną, czwartą, edycję konkursu. I tak jest na każdym kroku. Co chwilę przekonuję się, że mam bardzo dobre, mentalne wsparcie. Ja nie mam wątpliwości, że nie jest to wszystko tylko moją zasługą. Nie uważam się za tak doskonałą osobę. Wręcz przeciwnie, a jednak wiele mi się udaje i nie boję się powiedzieć, Komu to zawdzięczam.

Przede mną jeszcze Liturgia Wigilii Paschalnej i kolejne nowe wyzwania dla Akolitki. I wiele pracy nad projektami. Ale dzisiaj wieczorem postanowiłam jeszcze przez chwilę być blisko Chrystusa i opowiedzieć Mu o tym, co dzisiaj wieczorem robiłam. Napisać to. Dać świadectwo i podzielić się radością. Radością z dzisiejszej spowiedzi…

wielkanoc_kpr_2017_1-2Wielkanoc to czas otuchy i nadziei.
Czas odradzania się wiary w siłę Chrystusa 
i drugiego człowieka. 
Życzę Wam, aby Święta Wielkanocne 
przyniosły radość oraz wzajemną życzliwość. 
By stały się źródłem wzmacniania ducha. 
Niech Zmartwychwstanie, które niesie odrodzenie,
napełni Was pokojem i wiarą, 
niech da siłę w pokonywaniu trudności 
i pozwoli z ufnością patrzeć w przyszłość…

Anna Maria

Biegły

Kolejny etap sądowy za mną.

Dziś byłam w Koszalinie na konsultacji z biegłym sądowym, dr Doroszem. Okazało się, że przygotowanie obszernej dokumentacji, którą dołączyłam do pozwu, było dobrym pomysłem. Wizyta była krótka. Nie pozostawiła żadnych wątpliwości. Usłyszałam, że pan doktor nie ma najmniejszych wątpliwości, że jestem kobietą i że taka będzie sentencja opinii. Chwalił bogactwo dokumentacji, co pozwoliło mu ograniczyć do niezbędnego minimum rozmowę. Było to bardzo miłe i sympatyczne wydarzenie. Fajnie było ponownie usłyszeć, że osoba bardzo kompetentna w temacie nie ma najmniejszych wątpliwości.

Teraz został kolejny etap. Jestem przekonana, że ostatni, po którym nastąpi ostatni etap, czyli administracyjny…

Recenzja z serca płynąca

Nie mogłam się powstrzymać, by nie zacytować tej recenzji mojej książki. Zwłaszcza, że napisała ją tak fajna, niezwykła dziewczyna, z którą wypiłyśmy piwo i śpiewałyśmy stare polskie rockowe hity piątkowy wieczór w przytulnej knajpce na Starym Rynku w towarzystwie jeszcze dwóch cudownych dziewczyn, Ali i Margaret.

17814218_1227733760659047_5863111258384581080_o

Gdy słyszę lub czytam takie słowa, wiem, że mimo wszystkich słów krytyki, z jakimi spotkała się moja historia odkrywania i zrozumienia siebie, tego, kim jestem, że warto było. I że spełnia ta historia ten cel, jaki mi przyświecał, gdy postanowiłam ją wydać.

Monika, dziękuję za te ciepłe słowa <3

„Ania (Lukrecja Kowalska),właśnie przeczytałam, a właściwie ,,połknęłam” w jeden wieczór Twoją książkę ,,Lukrecja w ciele Krzyśka” i jestem pod mega wrażeniem. Na temat transseksualizmu nie ma w Polsce literatury, a Ty w przystępny sposób pozwoliłaś mi choć troszkę zrozumieć problemy, z jakimi muszą się borykać w naszym społeczeństwie osoby urodzone w ciele innej płci. Podziwiam Twoją odwagę i siłę w podejmowaniu trudnych tematów. I to co robisz dla siebie i innych. Dotychczas miałam dość mgliste pojęcie na temat transpłciowości. Dzięki za cenną lekcję psychologii, samoakceptacji, tolerancji.Jesteś bardzo sympatyczną, inteligentną i przebojową osobą. A książka, mimo niełatwych zagadnień, napisana jest lekko i dla każdego, kto chce zrozumieć i czegoś się na ten temat dowiedzieć. Fajnie było Cię poznać i poznać Twoją historię.Gratuluję i pozdrawiam.”

Konformistka czy nonkonformistka, oto jest pytanie.

Zależy jak na to spojrzeć. Niewątpliwie łatwiej się żyje, gdy się stosuje ten model. Zwłaszcza dzisiaj, gdy nasz świat jest tak spolaryzowany, mamy praktycznie możliwe określenie, z kim nam po drodze i podporządkowanie się. I w wielu przypadkach to działa. W grupie czujemy się silni, łatwiej jest podejmować decyzje…

Też tak postępowałam. I spaliłam się.

Żeby być konformistą, przynajmniej w odniesieniu do mnie, musiałabym zbyt wiele robić wbrew sobie. Zwłaszcza ostatnie lata pokazały mi, że próby dostosowania się do oczekiwań innych, mimo że dawałyby mi wiele pożytku, spełzały na niczym. Czy to znaczy, że całkowicie odrzuciłam postawy konformistyczne?

Myślę, że nie do końca. Oczywiście, jestem członkinią społeczeństwa i pewne zasady przyjmuję, dostosowuję się do nich, mimo że w pewnych aspektach stoją w sprzeczności z moimi oczekiwaniami. Z innej strony dostosowuję się do pewnych wzorców, bo pozwalają mi wyrazić siebie pełniej, mimo że mogą być odbierane jako objaw ulegania stereotypom.

Zwłaszcza mam tu na myśli społeczne postrzeganie kobiety, jej wizerunku, zachowania. Moje doświadczenia, to, kim jestem, i jaką drogę przeszłam, powoduje bardzo specyficzne podejście do pewnych zagadnień.

Dla mnie kobieta powinna mieć na sobie zawsze sukienki albo spódniczki. Oczywiście, w pewnych sytuacjach dopuszczam legginsy, ale klasyczne dzinsy są dla mnie nie do zaakceptowania. To tylko jeden przykład. Mogłabym ich podać więcej. Chcę tylko pokazać, że do pewnego stopnia można byłoby mi nawet zarzucić podejście seksistowskie, a na pewno bardzo stereotypujące kobiety. Tylko, że ma to podłoże w zupełnie innych rejonach. Ja po prostu zbyt długo byłam wciśnięta w męski świat, że teraz, gdy odkrywam świat kobiet, biorę i pielęgnuję w nim to, co w mim odczuciu tą kobiecość najlepiej podkreśla i ukazuje.

Czyli z jednej strony postawa konformistyczna, bo wpisująca się w stereotypowy wizerunek kobiety, który nadal jest w wielu środowiskach podkreślany i preferowany, ale dla mnie ma tez znamiona nonkonformizmu, bo ja to robię wbrew pozytywnej i jak najbardziej słusznej, co jest dla mnie w pełni zrozumiałe i akceptowalne, postawie mówiącej o równości. Kobieta ma prawo ubierać spodnie. Ale tutaj zaraz odzywa się moja przekora. Dlaczego mężczyźni nie mogą sobie chodzić w szpilkach. Pamiętam, że w pierwszym okresie odkrywania siebie bardzo ubolewałam, że jest to źle widziane. Mimo to, i tak je niekiedy nosiłam do typowo męskiego stroju.

Z jednej strony wyraz walki o równouprawnienie, z drugiej jednak strony postawa sprzeczna z ogólnie przyjętymi normami, czyli nonkonformizm.

Już chociażby to mogłoby wskazywać, jaką postawę preferuję.

Ale to są w sumie dosyć płytkie powody. Tak naprawdę o tym, że jestem nonkonformistką i zamierzam w tej postawie pozostać, przekonałam się na własnej skórze w ostatnim czasie wielokrotnie. Mam swoje poglądy. Mam też, czego nie ukrywam, trudny charakter. Nie ustępuje łatwo, walczę o swoje, zwłaszcza, jak jestem pewna swoich racji. Nie boje się wchodzić w konflikt i iść pod wiatr.

W lutym 2015 roku rozpoczęłam kolejny etap mojego życia. Wróciłam do rodzinnego miasta, by po śmierci mamy zaopiekować się ojcem. Wbrew temu, czego ode mnie oczekiwano, wbrew temu, co wielokrotnie słyszałam, postawiłam na swoim. Postanowiłam iść na przekór. Nie stosować się do uznanych wzorców. Jak to, trans kobieta w swoim rodzinnym mieście wychodzi z podniesioną głową i robi spektakularny coming-out na pogrzebie swojej mamy, na którym jest sporo mieszkańców. Niedługo potem mówi o sobie zupełnie otwarcie na łamach regionalnej prasy. Wielokrotnie czytałam o tym, jak osoby podobne do mnie w takiej sytuacji były piętnowane. Gdybym była konformistką, na pewno na takie wyzwania bym się nie zdecydowała, bo według panującego przekonania powinnam robić to stopniowo, krok po kroku. Ja zrobiłam po swojemu. I wygrałam.

Testowałam ten wzorzec przez czternaście miesięcy i przekonałam się, że zrobiłam prawidłowo. Czyli mogę z czystym sumieniem, bazując także na historiach innych, że postawa nonkonformistyczna bardzo mi pomogła.

Gdy po śmierci taty sprzedałam mieszkanie i przeprowadziłam się do Poznania, zapomniałam o tym, czego się nauczyłam. Włączyłam się w działania aktywistyczne i weszłam w struktury jednej z organizacji LGBT. Kilka kolejnych miesięcy pokazało mi, że postawa konformistki nie dla mnie. Chciałam włączyć się w działania, jakie preferowała ta grupa. Chciałam być taka, jak oni, chciałam mówić tym samym głosem, wyznawać te same poglądy. Chciałam, bo uważałam, że tak wiele nas łączy, że mamy wspólne cele, że mogę coś fajnego wnieść do wspólnego dzieła. Szybko okazało się, że się myliłam. I nie ukrywam, że moje cechy charakteru wcale tutaj nie są bez winy. Jestem apodyktyczna i niereformowalna.

Pojawiły się konflikty. Coraz częściej czułam, że zmierzam nie tam, gdzie powinnam. Poza tym, widziałam coraz częściej, że nie dopowiadają mi pewne poglądy, pewne sposoby narracji. Widziałam coraz bardziej, że muszę iść swoją drogą. I wreszcie podjęłam tą decyzję.

Konkluzja?

Na pewno silny charakter i mocno ugruntowane własne poglądy stoją w sprzeczności z postawą konformistyczną. Wydaje mi się, że nie da się ich pogodzić. Przekonana jestem, że osoby o silnym poczuciu własnej wartości, o silnym ego, albo są liderami albo odchodzą i szukają swojej drogi. Na pewno niesie to za sobą spore zagrożenia. Osoba taka może bardzo łatwo wykorzystać swoje cechy, swoją pozycję, do nadużyć. Despotyzm, tyrania. To realne zagrożenia.

Najtrudniejsze zapewne jest przyznanie się do pewnych postaw. Można spróbować, czy jesteśmy w stanie wchodzić w kompromisy i do jakiego stopnia. I przede wszystkim jak zamierzamy korzystać z tych cech. Postawa konformistyczna niewątpliwie jest prostsza i ułatwia życie. Dla wielu osób niewątpliwie jest dobrym sposobem na życie. Idę z prądem i nie muszę za bardzo uważać na to, co się dzieje dookoła. Jednak, gdy ktoś chce iść swoją drogą, to stawia przed sobą spore wyzwania. I nie każdy im podoła.

Czy postawa konformistyczna jest lepsza? Czy warto nim być?

Dla mnie osobiście nie. Gdy starałam się być w życiu konformistką, przegrywałam. Przegrałam między innymi ponad dwadzieścia lat swojego życia. Nawet tutaj postawa nonkonformistyczna, gdzie wbrew temu, czego ode mnie oczekiwano, postawiłam na swoim przynajmniej w zakresie wychowania własnego syna, okazała się pozytywem. Cały proces wychowania to była jedna ciągła postawa nonkonformistyczna, idąca na przekór utartym normom i wzorcom.

Dzisiaj ponownie, po kilku miesiącach prób, jestem nonkonformistką. I jestem zdecydowana już nigdy nie ulegać i nie zmieniać swoich poglądów. Zamierzam iść dokładnie wytyczoną drogą, w której łamię jeden stereotyp za drugim. Zapewne jeszcze nie raz zapłacę wysoką cenę za swoją postawę, ale wolę płacić tą cenę i być uczciwą w stosunku do siebie, niż robić coś wbrew sobie.

To też niewątpliwie cena za postawę nonkonformistyczną. Niekiedy trzeba zapłacić wysoką cenę za taką postawę. Ale z drugiej strony czy walka o siebie, o prawo do tego, by żyć tak, jak się czuje, jak się pragnie, gdy wymaga to iścia pod prąd, nie jest warte swojej ceny?

Dla mnie jest.

Syn i inne przemyślenia…czyli meandry myśli.

Gdy we wrześniu zeszłego roku nagrywałam reportaż dla Onetu, powiedziałam min. że nie wiem, czy to, że nie mam tak długo kontaktu z synem, nie zostawi trwałego śladu. Minęło jeszcze kilka miesięcy i teraz mogę powiedzieć, że nie, nie zostawiło!

Spotkałam się z synem w ostatnią niedzielę. A zawdzięczam to Ewie, psycholożce, u której odbywam praktyki. Gdy powiedziałam Jej o sytuacji z synem, od razu powiedziała, że mam napisać. Wtedy ja powiedziałam, że nie zna całej historii. Poprosiłam Ją, by mnie wysłuchała jak przyjaciółka i powiedziała, co mam zrobić. Wysłuchała i ponownie powiedziała, że mam napisać, i to w dodatku jeszcze tego samego dnia. Zrobiłam to. Gdy po pierwszej reakcji brakowało ciągu dalszego, ponownie powiedziała mi, napisz jeszcze raz, pogoń Go. Zrobiłam to i dziś jestem bardzo szczęśliwa. I Ona też, bo Jej dzisiaj o tym powiedziałam.

Rozmawialiśmy z synem ponad półtorej godziny. I przełamałam się wreszcie, by zadać to pytanie, które mnie samą bardzo nurtowało, i które często zadawali mi znajomi i przyjaciele. Potwierdził, że ma problem ze zwracaniem się do mnie w formie kobiecej i że z tym raczej będzie miał stale problem. Poza tym akceptuje w pełni to, że staję się kobietą, że miałam operację, że używam oficjalnie już swego nazwiska, że prędzej czy później będzie mnie komuś przedstawiał jako swojego rodzica. I jak miałabym teraz się zachować, gdybym nie miała swojego zdania w sprawie osławionych „końcówek”, które stały się jedną z głównych przyczyn konfliktu z pewnymi osobami z pewnej organizacji LGBT+. Konfliktu, który skutecznie „wyleczył” mnie ze współpracy z tą organizacją, i niestety, nad czym boleję, rzucił się cieniem nad moją współpracą z inną organizacją…

Jak mogłabym od syna wymagać, by stosował „poprawną” formę, co jest wręcz narzucane przez pewne osoby. Na szczęście już dawno nauczyłam się, jak mam postępować w takich sytuacjach, gdy zmusza się mnie do robienia czegoś wbrew moim przekonaniom. Jednego tylko żałuję, że tak długo zwlekałam. W wielu kwestiach. Także syna. Rozmawiałam o tej sytuacji z wieloma osobami, także psychologami, i nikt nie potrafił mnie tak przekonać do tego, co powinnam zrobić, jak zrobiła to Ewa. Tak fajnie było mi dzisiaj, gdy widziałam, jak się cieszy.

W rozmowie z synem poruszyliśmy też temat aktywizmu, i widziałam, jak się ucieszył, gdy powiedziałam, że ta forma, w jakiej byłam aktywna przez ostatnie miesiące, to już przeszłość. Natomiast bardzo mu się spodobało to, co obecnie wdrażam i w jaki sposób to robię. Nawet gdybym miała jeszcze jakieś wątpliwości, to po tej rozmowie na pewno pozbyłabym się ich resztek. To chyba nie przypadek, że w niedzielę po rozmowie z synem podczas mszy i Homilii rozmawialiśmy właśnie także o tym, jak zmienia się nasze życie pod wpływem odkrywania tego, co daje nam Wspólnota, więzi, jakie się w niej wytwarzają. To było dla mnie takie fajne, że mogłam synowi powiedzieć, że już chciałabym wyjść, bo idę na mszę. A on to przyjął zupełnie naturalnie.

Tak, sama to widzę, że im głębiej wchodzę w naszą Wspólnotę, tym bardziej ulegają przewartościowaniu pewne sprawy w moim życiu. Nawet to, w jaki sposób zaczynam teraz układać sobie życie zawodowe ma tu ogromne znaczenie, bo już wiem, że pozwoli mi to korzystać ze Wspólnoty, ze spotkań, i przede wszystkim z Eucharystii w stopniu nie odbiegającym od tego, czego doświadczam teraz. I bardzo się z tego cieszę. Pamiętam jeszcze, jak na początku, gdy zaczęłam się pojawiać w kaplicy i miałam często na sobie mini sukienki czy spódniczki, przekonana byłam, że alba nie dla mnie. Jednak, gdy ostatnio Tomek zaproponował mi, bym ją założyła, skoro jestem Akolitką i służę do mszy, zrobiłam to i już sobie nie wyobrażam, że mogłabym jej nie mieć na sobie podczas Eucharystii.

Zmieniam się cały czas. Wczoraj kupiłam sobie płytę z pieśniami Wielkopostnymi pt „Gorzkie Żale”. Słucham jej codziennie, śpiewam. Czekam niecierpliwie na kolejną mszę. Ucieszyłam się, jak Ala, z którą się umówiłam, postanowiła ze mną pójść na mszę. A przez chwilę byłam gotowa zrezygnować z udziału we mszy, bo mam ostatnio coraz bardziej ograniczony czas. A tu Alicja się pyta, czy może iść ze mną…Mam nadzieję, że tak się stanie.

A tym czasem tempa nabierają już prace w związku z projektami zawodowymi. W poniedziałek podpisałyśmy Akt Fundacyjny i złożyłyśmy wniosek w KRS o rejestrację Fundacji Akceptacja. Mam za sobą pierwsze spotkanie z mentorem Innowacji, Kasią. Mam za sobą bardzo inspirujące szkolenie w dniu 31 marca, czyli w Międzynarodowym Dniu Widzialności Osób Transpłciowych, który to dzień uczciłam samą sobą podczas szkolenia, gdzie ponownie byłam pierwszą osobą transseksualną, z którą większość uczestników miała do czynienia na żywo. Po raz kolejny przekonałam się, że sposób, jaki obrałam i który stosuję konsekwentnie, stale przynosi bardzo wymierne, bardzo pozytywne efekty. I ciągle z tyłu głowy mam zarzuty, że nie da się łączyć, że „wymyśliłam” sobie osoby niepełnosprawne, by z nich „ciągnąć” kasę. Tak, takie zarzuty usłyszałam. I nie tylko takie. Jak śmiałam mieć swoje zdanie i wystawić ocenę za kilka miesięcy. Jak śmiałam zdecydować, z kim chcę dalej współpracować. No cóż. jestem dorosła i skoro co niektórzy nie wyciągnęli wniosków z tego, jak konsekwentna jestem w pewnych aspektach, jak radykalna wręcz, gdy jestem do tego zmuszona…

Miałam okazję przekonać się o tym, jak może wyglądać to, czy tamto….Ewa, jak Jej zaproponowałam współpracę z moją Fundacją (tak, moją, i teraz osoby, które są ze mną w niej, tak właśnie na nią patrzą, jak na moją ideę i inicjatywę, jak na moje dziecko) i w ramach tej współpracy jest objęcie wsparciem merytorycznym tworzonej przeze mnie od nowa Grupy Wsparcia dla Osób Transpłciowych, powiedziała, że ok, ale mam Jej przynieść moją książkę, którą kupiła ode mnie, bo, jak sama stwierdziła, musi „zapoznać” się z tematem, mimo, że ma spore doświadczenie w tym kierunku. Niestety, nie mogę tego powiedzieć o innym przypadku. Więcej, w ramach praktyk brałam aktywny udział w prowadzeniu konsultacji z osobami trans, ale nie tylko. Bo moje bogate doświadczenie praktyczne jest wystarczające, bym mogła tego się podjąć. Przeprowadziłam miedzy innymi bardzo trudną serię spotkań z jedną osobą z zaburzeniami identyfikacji płci, którą udało mi się doprowadzić do tego, że postanowiła przyjechać na spotkanie grupy wsparcia. Niestety, odwołanie jej przez jedną ze stron na dwie godziny przed spowodowało, że Aśka pocałowała klamkę i wróciła do siebie (nie udało mi się Jej powiadomić i „zgarnąć” spod drzwi). Obawiam się, że wiele z tego, co się udało wypracować podczas tych kilku spotkań, poszło na marne. Nie żałuję, że moja rezygnacja wprowadziła bardzo duże zamieszanie w funkcjonowanie grupy. Niestety, uznałam, że nie mogę dłużej podpisywać swoim nazwiskiem czegoś, z czym się już kompletnie nie identyfikuję. Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie to wszystko odbudować, ale ja wiem, po co tworzyłam tą grupę i nadal będę to robiła. Na pewno nie po to, by robić wokół siebie towarzyskie spotkania (z takim zarzutem się spotkałam) tylko po to, bo wiem, że Ci ludzie, którzy przychodzą na jej spotkania, potrzebują ich i na nie czekają. Dlatego nie rezygnuję z samej idei grupy wsparcia. Tylko teraz tworzę ją już zupełnie na moich warunkach. Żałuję tylko, że nie zrobiłam tego w grudniu. Że wtedy nie byłam konsekwentna, mimo, że byłam przekonana, że ustępuję wbrew sobie.

I taki miły akcent na koniec. Dziś, podczas Żywej Biblioteki, której miałam być jedną z książek, ale moja oferta nie zmieściła się w katalogu, miałam przyjemność porozmawiać z homoseksualnym małżeństwem i przekonać się, jak wiele nas łączy wspólnych poglądów i przemyśleń. I pojawiła się niezwykle ciekawa inicjatywa, w którą weszłam w ciemno z pełnym entuzjazmem.

Jeżeli ktoś uważa, że za dużo piszę, że publicznie „piorę brudy” powiem na koniec bardzo wyraźnie. Ja umiem przepraszać, i nie uważam, że gdy kogoś przepraszam, bo w JEGO mniemaniu wyrządziłam mu krzywdę, mimo, że nie miałam takiego zamiaru, staje mi się krzywda, albo czegoś mi ubywa. Dlatego ja przepraszałam w ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie.

Natomiast to, że ja zostałam skrzywdzona, i to bardzo mocno, w bardzo brutalny sposób, w ogóle się nie liczy. Przesadzam, nad interpretuję, jestem przewrażliwiona. Tymczasem byłam oskarżana o sianie niezgody, o krzywdzenie innych, podważano moje kompetencje, kłamano na mój temat, dokonywano brzydkich, ukierunkowanych na zdyskredytowanie mnie, insynuacji, obśmiewano mnie, szkalowano, bagatelizowano moje uczucia, moje obawy, moje wnioski. Uważano, że jestem tak nieodpowiedzialna, że wyrządzę komuś krzywdę. Moje prośby o to, żeby wyjaśnić to, dlaczego dzieje się to, co się dzieje, były zbywane. Nikt nigdy nie wyrządził mi tak wielkiej krzywdy, jaka stała się moim udziałem w ciągu kilku ostatnich miesięcy i co najbardziej boli, ponownie doświadczyłam tego ze strony tych, z którymi czułam się związana wspólnymi celami, doświadczeniami.

Ale ja Wam wybaczyłam. Wybaczyłam i odeszłam.

Idę swoją drogą i skupiam się na tych, którzy są otwarci na to, co mam im do zaoferowania. I widzę codziennie, że jest ich całkiem sporo. I na nich zamierzam się skupiać a tam, gdzie mnie nie chcą, już mnie nie zobaczą…