Małe Wielkie Zmiany

17492640_1220255744740182_830335338647002945_o

Projekt poświęcony aktywizacji osób transseksualnych na rynku pracy

Zapraszamy wszystkie osoby transseksualne zainteresowane wzięciem udziału w projekcie innowacyjnym aktywizacji na rynku pracy. Obecnie jesteśmy już na etapie tworzenia scenariusza wdrażania projektu. Obecnie tworzymy szczegółowy Projekt Innowacji. Jego merytoryczna ocena zadecyduje, czy uzyskamy grant na wdrażanie, dlatego chcąc jak najlepiej przygotować ten dokument, chcemy poznać Wasze oczekiwania, ale i wskazówki, jakie możemy ująć w scenariuszu. Chcemy też uzyskać potencjalną grupę osób zdecydowanych na wzięcie udziału we wdrażaniu, które, po przyznaniu grantu, przewidziane jest na półroczne działanie mające zapewnione finansowanie i wsparcie merytoryczne doświadczonej kadry w ramach przyznanego grantu.
Ten projekt stworzyliśmy z myślą o Was, więc liczymy na Waszą pomoc w tym, by był jak najlepiej dopracowany pod względem Waszych oczekiwań.
Wszystkie szczegóły projektu zostaną przedstawione na spotkaniu.

Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia o godz.19.00 w świetlicy Stowarzyszenia Lepszy Świat przy ul. Libelta 22 w Poznaniu

Strike Dance Rise!

17496091_1269520923132346_167106058_n

Akcję One Billion Rising zapoczątkowała Eve Ensler, autorka „Monologów waginy” po fali gwałtów w 2011 roku w USA.
Począwszy od 2013 roku, 14 lutego w Walentynki na całym świecie tańczymy, by w ten sposób zaprotestować przeciwko przemocy wobec kobiet.
Poznań tańczy od początku akcji.
W tym roku podczas prób powstała inicjatywa, by akacja trwała cały rok.

17619350_1274701592614279_1435012011_nAnna Maria Szymkowiak, Prezeska Fundacji Akceptacja oraz Sandra Węgrzyn, właścicielka szkoły tańca One Dane Studio połączyły swoje siły i zorganizowały cykl warsztatów tanecznych.
Zapraszamy na warsztaty taneczne, w czasie których będziemy ćwiczyć z Anią układ One Billion Rising. Jednak to nie wszystko. Taniec ma niezwykłą moc. Nieprzypadkowo właśnie tańcem wyrażamy protest. Taniec pozwala nam poznać lepiej nasze ciało, dostrzec jego piękno, grację, dzięki czemu nabieramy więcej pewności siebie. Taniec także ma bardzo duże znaczenie terapeutyczne, pozwala pokochać na nowo ciało, które zostało skrzywdzone.
Dlatego w ramach warsztatów chcemy Wam także zaproponować naukę przeróżnych stylów tańca.
Spotykamy się raz w miesiącu, w niedzielę najbliższą 14 dnia miesiąca w szkole tańca One Dance Studio przy ul. Garbary 64 o godzinie 16.00.

Najbliższe spotkanie odbędzie się 9 kwietnia.

Zapraszamy

17579909_1274702202614218_872615982_n

Flash Mob

Flash Mob

Może uznacie nas za wariatów – nie obrazimy się – ale postanowiliśmy zorganizować spontaniczny ruch, który zjednoczy społeczeństwo, a z doświadczenia wiemy, że nic nie jednoczy tak jak TANIEC

Dlatego chcielibyśmy zaprosić Was 8 kwietnia 2017 r. na Półwiejskiej (wysokość Starego Browaru) do wzięcia udziału w tym wyjątkowym FLASH MOB-ie – „NIECH TANIEC NAS POŁĄCZY”!

Walczysz o demokratyczną, wolną Polskę?
Walczysz o pokój w Syrii?
Chcesz godnego traktowania kobiet?
Chcesz lepszej profilaktyki zdrowotnej?
Chcesz coś zrobić dla siebie i poczuć FUN? PRZYJDŹ❗️

➡️ nie ważne o co walczysz, nie ważne czy jesteś kobietą czy mężczyzną, czy walczysz o prawa ludzi czy zwierząt
➡️ bez względu na kolor skóry, orientacje seksualną, czy poglądy polityczne
ZJEDNOCZMY SIĘ
Pokażmy, że można!
Pokażmy, że wspólnie możemy zdecydowanie więcej i … ZATAŃCZMY

Jako współorganizatorka oczywiście gorąco zapraszam

Link do wydarzenia na facebooku : https://www.facebook.com/events/1848969652040520/?active_tab=about

Dookoła…

Wiele już na swój temat słyszałam. Ale to, co dziś przeczytałam jest tak kuriozalne, że cały czas nie mogę wyjść z podziwu 🙂

Ktoś dziś stwierdził bardzo autorytatywnie, że moja chęć niesienia pomocy osobom trans to chęć robienia czegoś dookoła siebie. Czytaj : własna autopromocja. I to w momencie gdy jestem u progu wdrażania bardzo poważnego projektu w pełni zorientowanego na niesienie pomocy osobom zagrożonym wykluczeniem z różnych powodów.

Od pewnego czasu coraz bardziej oddalałam się od środowisk LGBTQIA, a właściwie od LGB. Coraz mniej pasowała mi narracja, jaką stosują niektórzy je przedstawiciele. I co znamienne, nie jestem w tych sądach odosobniona. Poza tym, ostatnie lata mojego życia pokazały mi, co przynosi efekty a co powoduje ciągłe zarzewia konfliktów. Żeby była jasność, jestem w pełni za równymi prawami dla wszystkich, ale coraz wyraźniej widzę, na jakiej pracy powinnam się skupić i jaką narrację prowadzić.

Zresztą teraz, z perspektywy ponad półrocznego pobytu w Poznaniu, wyraźnie widzę, że ten sposób, jaki wypracowałam podczas 14 miesięcy w Chodzieży, nadal się sprawdza, gdyż teraz, po kilku miesiącach prób znalezienia wspólnego języka, wracam do punktu wyjścia. I w tym sposobie, jaki stosowałam w Chodzieży, teraz, jak ponownie zaczęłam go wprowadzać w swoim życiu, odnalazłam te same podstawy do sukcesów co wtedy.

Czy żałuję tego czasu? Nie. Nauczyłam się jednego. Każda sytuacja niesie coś dobrego, trzeba tylko chcieć to dostrzec. Nauczyłam się znowu czegoś o sobie. Nauczyłam się czegoś o innych. Zrozumiałam znowu, co jest ważne, gdzie trzeba skierować wzrok. Gdzie trzeba wskazać palcem innym, by też dostrzegli to, co sama widzę. I cieszę się, bo są tacy, którzy to widzą, którzy patrzą tam, gdzie pokazuję i mówią: „ok, widzę, masz rację, wchodzę w to!” Nauczyłam się też, że są tacy, którzy zawsze będą patrzeć gdzieś daleko i nie będą widzieć, że to, co ważne tu i teraz, leży u ich stóp. Cóż, może to i dobrze? Bo jeszcze by dostrzegli i więcej zaszkodzili?

Tak, jestem sarkastyczna, i to bardzo. I w pewnych sytuacjach na pewno nadal będę. Na szczęście już niedługo wpadnę w taki wir, że nie będę miała czasu nawet dostrzegać tych, których dostrzegać mi się już nie chce.

Jedno o sobie mogę już powiedzieć w pełni świadomie. Nie jestem już działaczką środowiska LGBTQIA. Jestem kobietą, której bliskie sercu jest działanie przeciwko jakimkolwiek wykluczeniom…I tym zamierzam się zajmować do końca swoich dni.

Wigilia u Starokatolików

Ten rok przyniósł tyle zmian, że także jego finał musiał być niezwykły. I był.
To, że tak bardzo zaangażowałam się w studia biblijne ze Świadkami Jehowy uzmysłowiło mi jedno, że ja bardzo lgnę do Boga. Mimo, że tyle lat wydawało mi się, że nasze drogi rozeszły się na zawsze, On był cały czas obok mnie, czego dowody dostawałam od czasu do czasu.
Myślę, że dlatego tak przylgnęłam do Świadków Jehowy. Szybko okazało się, że potrzebuję Jego bliskości. Coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, ile ta obecność dla mnie znaczy. I wreszcie przekonałam się o tym w ten Wigilijny Wieczór, który spędziłam w Kaplicy Reformowanego Kościoła Katolickiego.
Ten dzień zaczął się bardzo wcześnie. Wstałam o 6 rano, by o 7 być już w Kaplicy i wziąć udział w ostatnich Roratach tego Adwentu. Potem czekałam niecierpliwie do wieczora.
Przygotowałam strój, zapakowałam produkty i poszłam na miejsce.P1060100
I zaczęło się. Ustawiliśmy stół w kaplicy. Wyprasowałam dwa obrusy. Tomek odgrzewał potrawy. Ja szykowałam zastawę. Potem nosiliśmy gotowe potrawy na stół. Wreszcie wszystko było gotowe i stanęliśmy przy stole wigilijnym. I tu pierwsze zaskoczenie. Tomek zaproponował mi, bym odmówiła modlitwę. Mimo, że byłam wychowywana w religijnej rodzinie, nie pamiętam, bym brała kiedykolwiek udział w modlitwie przed jedzeniem, nawet w tak uroczystym momencie, jak Wieczerza Wigilijna. Oczywiście z radością ją odmówiłam, złożyliśmy sobie życzenia, podzieliśmy się opłatkiem i usiedliśmy do stołu. Cały czas czułam się niezwykle. Byłam elegancko ubrana, był cudowny podniosły nastrój. Potrawy smakowały wyśmienicie. Zaczęliśmy Wieczerzę o 21. około 22.30 przyszły Ania z Asią, a my cały czas siedzieliśmy przy stole. Rozmowy. Bardzo ciekawe, obracające się dookoła tematyki Bożonarodzeniowej, ale także nas samych. Tak fajnie było móc porozmawiać o różnych ważnych sprawach w takim fajnym klimacie. Od razu stanęły mi w pamięci wspólne Wieczerze rodzinne, gdzie każdy czekał tylko, kiedy będzie mógł wstać od stołu. A tutaj nam się od stołu nie chciało wstawać. Dziewczyny się dosiadły i dyskusja trwała dalej. Potem musieliśmy wreszcie wstać i zabrać się za sprzątanie, bo zbliżał się czas Pasterki. Podczas sprzątania rozmawiałam z Asią o wierze w Boga. Tak fajnie było móc powiedzieć, że wierzę, że nie mam wątpliwości, że doskonale się z tym czuję. Czułam dokładnie to, co mówiłam. Byłam kompletnie zgodna z tym, co mówiłam. W przypadku wiary tak było chyba pierwszy raz w życiu, gdyż do tej pory, mówiąc o mojej wierze, zawsze podkreślałam pewne wątpliwości, braki, jakie mojej wierze towarzyszyły. Dopiero poznanie Tomka i tej Wspólnoty Starokatolickiej pozwoliło mi mówić o mojej wierze tak zgodnie z tym, co czułam.
Powoli zbliżał się czas Pasterki. Podzieliłyśmy się z dziewczynami obowiązkami. Ja tym razem miałam zaśpiewać Psalm Responsoryjny i Hymn Alleluja przed Ewangelią. Już niedługo miało się okazać, że będę miała całkiem spore audytorium, gdyż przybyło jeszcze parę osób na pasterkę, tak, że musieliśmy dostawić krzesła a Kaplica była pełna. Przyszedł też przyjaciel naszego Prezbitera Tomka, ksiądz katolicki, więc tym bardziej czułam się niezwykle.
Byłam już na wielu pasterkach, ale ta była najwspanialsza. Właśnie poprzez swoją kameralność, ale także poprzez autentyczną radość i uniesienie, jakie nam towarzyszyło. Zaśpiewałam Psalm tak, że nie musiałam się wstydzić. Byłam zadowolona z wykonania. Podczas pasterki śpiewaliśmy kolędy, znane mi w wersji angielskiej, które bardzo lubię i nie miałam pojęcia, że mają swoje wersje po polsku.
Czułam ten podniosły nastrój i ponownie zdałam sobie sprawę, jak wiara jest dla mnie ważna.
Jak Bóg i Jego Syn oraz Duch Święty są dla mnie ważni.
Jak wspaniałe jest móc uczestniczyć w Eucharystii i rozumieć, co i dlaczego się dzieje.
Świadkowie Jehowy bardzo wiele tracą przez to, że zrezygnowali z celebracji. Zwłaszcza podczas Pasterki w pełni sobie uzmysłowiłam, jak wiele bym straciła, gdybym nadal próbowała szukać swojej drogi do Boga w organizacji Świadków. Jak wiele bym straciła nie mogąc świętować narodzenia Chrystusa. Niezwykle ciekawa była Homilia, w której Prezbiter uzmysłowił nam, jak wielką miłość wykazał Bóg, dając nam swojego Syna w taki sposób, w jaki to się stało. Przecież Jezus przyszedł na świat kompletnie bezbronny i zdany na nas, ludzi. Od razu stanęły mi obrazy z mojego życia, które przytaczam w swojej pierwszej książce, opowieść o pierwszej kąpieli mojego synka. Wyobraziłam sobie, że przecież Pan Jezus był tak samo bezbronny ale i tak samo ufny w to, że jego rodzice dadzą Mu to, co my z żoną dałyśmy naszemu synkowi. To było takie wzruszające i niezwykłe. Praktycznie przy okazji każdej kolejnej Eucharystii jak i rozmów z Tomkiem, Dobromiłem czy z innymi wiernymi, przekonywałam się, jak wspaniałe miejsce do wielbienia Boga odkryłam. Do jak wspaniałej wspólnoty Chrześcijan zostałam zaproszona.
Zakończenie Pasterki przeszło płynnie w kolejne wydarzenie, które dało mi wiele do myślenia. Myślenia o tym, kim się staję. Kolędy podobały mi się od zawsze. Lubiłam je śpiewać ale robiłam to tylko, gdy byłam sama. Nigdy nie śpiewało się kolęd w moim rodzinnym ani małżeńskim domu. Oczywiście, w kościele śpiewałam, ale bardziej na zasadzie otwierania ust. I nagle zaczynam śpiewać. Podczas strojenia choinki, podczas ustawiania szopki, podczas szykowania Wieczerzy i wreszcie w trakcie wspólnego śpiewania kolęd po Pasterce. Nagle zdałam sobie sprawę, że śpiewam z radością, swobodą, że cieszę się tymi słowami, że nawet mój głos się dostosowuje. Czułam się swobodnie, pewnie, byłam szczęśliwa i radosna. Wracając do domu, nuciłam. Ścieląc łóżko, śpiewałam.
Co się takiego stało, że stałam się taka swobodna w wyrażaniu swojej wiary, w pokazywaniu, że sprawia mi radość? Odpowiedź jest prosta. Pierwszy raz poczułam autentycznie to, czego szukałam tyle lat. Wreszcie czułam się dokładnie tam, gdzie być powinnam. Już podczas obu mszy pogrzebowych moich rodziców czułam ten podniosły nastrój. Cieszyłam, się, że jestem w Kościele, że biorę udział w Eucharystii, byłam smutna, że nie mogę przystąpić do Komunii. Teraz wreszcie dostąpiłam w pełni Eucharystii. Uwierzyłam też wreszcie, że Bóg w Trójcy Świętej wybaczył mi to, co musiałam kiedyś zrobić, a czego ja sama nie umiałam sobie wybaczyć. Uwierzyłam, bo zbyt wiele radości i spokoju towarzyszyło mi podczas udziału w Eucharystiach, bym mogła mieć wątpliwości. Szczerze żałuję tego, co musiałam zrobić i w różny sposób próbowałam temu zadośćuczynić. Uwierzyłam, że to zamknięty rozdział a klucz został wyrzucony w nicość.
W pierwszy dzień Świąt podczas wspólnego obiadu z Prezbiterem powiedziałam, że chcę przystąpić do wspólnoty.
W okresie oktawy Bożonarodzeniowej odwiedziłam kilka kościołów. Poszłam sobie zobaczyć szopki. Byłam min w Katedrze, Farze, u Franciszkanów, u Benedyktynów. Wszędzie czułam dokładnie to, co zawsze odczuwałam i cieszyłam się, że ponownie mogę wchodzić do kościoła w konkretnym celu.
Nie jestem hipokrytką, dlatego, gdy uważałam, że moje drogi z Bogiem się rozeszły, czułam, że nie mam prawa wchodzić do kościołów. Dopiero, jak zaczęłam spotykać się ze Świadkami Jehowy, to się zmieniło, chociaż akurat oni z tego zadowoleni nie byli (wspomniałam o mojej letniej wizycie w katedrze). Jednak już podczas mszy pogrzebowej mojego ojca potrafiłam wczuć się w ten nastrój, czego nie było jeszcze rok wcześniej, podczas mszy pogrzebowej mamy.
Teraz wreszcie nie miałam żadnych skrupułów. Rozmawiałam z Tomkiem, Prezbiterem naszej wspólnoty, czy uczestnictwo w mszy rzymskokatolickiej jest akceptowane. Usłyszałam, że jak najbardziej, że kanon mamy ten sam. Że jak będę gdzieś, gdzie nie będę mogła uczestniczyć w Eucharystii Reformowanych Katolików, mogę iść na mszę rzymsko-katolicką.
Czułam się bardzo fajnie, gdy mogłam sobie usiąść w ławce i pomyśleć, pomodlić się, skupić się. Byłam już pewna, że będę to robiła częściej. Przypomniałam sobie, jak lubiłam kiedyś chodzić do kościoła. Jak całą czwartą klasę liceum codziennie rano, idąc do szkoły, wchodziłam na parę minut do kościoła. I nie robiłam tego pod przymusem, albo z przyzwyczajenia, albo, bo inni szli. Ja tego chciałam i czułam, że to coś dobrego.
Praktycznie każda wizyta była dla mnie ważna i cieszyłam się nią. Coraz bardziej przekonywałam się, ile dla mnie znaczy udział w Eucharystii i czekałam na 6 stycznia.
Uroczystość Epifamii 6 stycznia była dla mnie wielkim przeżyciem. Wiedziałam, że będę musiała odczytać list intencyjny do wspólnoty. Nie napisałam go, bo dokładnie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Gdy stanęłam przy mównicy słowa same płynęły z moich ust. Potem nastąpiła bardzo podniosła uroczystość, w trakcie której zostałam przyjęta do wspólnoty. Po mszy Tomek powiedział, że jednak potrzebowałby mojego listu, więc po powrocie napisałam go.
Potem napisałam o tym tutaj, na blogu i zilustrowałam wpis kilkoma zdjęciami.
Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co się dzieje. Zaczęłam zadawać sobie pytania. Dosyć szybko dostałam odpowiedź. Być może to, że od tylu lat jestem sama i to, że nauczyłam się żyć w samotności, nie było bez celu. W naszej wspólnocie nie ma obowiązku celibatu, ale ja, gdybym kiedykolwiek została osobą duchowną, nie chciałabym być z kimś związana. Na pewno duże znaczenie ma tutaj to, że mam już za sobą małżeństwo, macierzyństwo i kilka związków. Jednak wiem też, że drzemią we mnie gorące uczucia miłości, które szukają cały czas ujścia. Zaczęłam pytać siebie, czy ta miłość nie czekała właśnie na to? Na to, czego jeszcze nie chcę nazwać, bo to dopiero pierwsza myśl, bardzo nieśmiała, ale na tyle poważna, że od razu podzieliłam się nią z Tomkiem. Wiem, że cokolwiek się wydarzy, długa droga jeszcze przede mną. Jednak pierwszy krok zrobiłam, a właściwie dwa. Pierwszy to dopuszczenie do siebie tej myśli i przyjęcie jej z radością i spokojem. Drugi, to decyzja przyjęcia na siebie obowiązków liturgicznej służby ołtarza w naszej Wspólnocie. Wiązało się to z poznaniem zasad usługiwania do mszy. Już kilka dni później przeszłam pierwsze praktyczne szkolenie w tym zakresie. Uczyłam się liturgii i znaczenia poszczególnych jej elementów. Uczyłam się, jak się zachowywać, jak rozpalać i podawać kadzidło, kielich i naczynia z wodą i winem. Zaczęłam poznawać inne sposoby śpiewu. Zaczynałam rozumieć coraz bardziej, jak pięknym i jak pełnym ważnej symboliki jest celebracja Eucharystii.
Z upływem czasu moje uczestnictwo w życiu naszej małej wspólnoty unormowało się. Brałam czynny udział w planach, pomagałam przy realizacji różnych projektów, ale przede wszystkim chłonęłam to, co chciał mi powiedzieć Bóg. Czułam Jego obecność i starałam się w miarę często korzystać w tego daru, jakim jest msza. W niedługi czas po tym, jak pojawiła się myśl, o której wspomniałam wcześniej, podjęłam ważne decyzje w związku z moimi dalszymi planami życiowymi i zawodowymi. Fakt, że w ramach tych działań postanowiłam działać na rzecz osób potrzebujących pomocy pozwolił mi zweryfikować swoje plany. Nauczyłam się czegoś nowego, bardzo cennego, nauczyłam się słuchać siebie i ufać, że gdy podejmuję decyzję, Bóg jest obok. Skoro więc skierowałam swoje plany w takim kierunku a nie w innym, nie czułam, że się sprzeniewierzam. Wręcz przeciwnie, byłam przekonana, że tak powinnam zrobić. Więc zrobiłam. Natomiast jedno się nie zmieniło, czułam, że dobrze mi z tym, że jestem blisko Boga, że wpuściłam Go z powrotem do siebie, i nie zamierzam już się od Niego odwracać.
Całkiem niedawno, przy okazji dnia kobiet, Tomek wywołał dyskusję o roli kobiet w Kościele.
Kobieta jako oblubienica Boga. Kobieta jako Kościół. Od samego początku czułam się bardzo dobrze we Wspólnocie. Nie miałam tego u Świadków. Tam jednak temat tego, kim jestem, wracał co jakiś czas. Zwłaszcza w kontekście roli mężczyzny i kobiety w Zborze. Jakże różnej od tej, o jakiej mówił nam Tomasz.

DSC_1548 DSC_1549
Poznaliśmy się w listopadzie 2016 roku, gdy Tomek zaproponował, że odmówi modlitwę podczas uroczystości ku pamięci ofiar trans, którą zorganizowałam. Nigdy nie zapomnę tych dwóch minut, gdy słuchałam, jak Tomek modlił się za moje siostry i braci zamordowanych za to, że chcieli być sobą. Bardzo się wzruszyłam, gdy kilka dni temu Tomek powiedział, że mam na siebie uważać, bo On nie chce mnie w listopadzie wspominać…
Tego dnia, 20 listopada 2016 roku zaczął się mój powolny exodus z formy aktywizmu LGBTQIA, w który dopiero weszłam na dobre. I nie żałuję. Bo także tego dnia rozpoczęła się moja wędrówka duchowa do tego, by stać się jedną z kobiet Kościoła, jedną z tych, dla których Bóg w Trójcy Świętej zaczął tak wiele znaczyć. Czuję tą niezwykłą rolę, jaką spełniam. Rolę kobiety.
Gdy Tomek zapraszał mnie na Eucharystię, nie myślałam, że jak przyjdę, to zostanę. Nie myślałam, że poznam tylu wspaniałych ludzi. Że cały czas będę ich poznawała. Ludzi niezwykle zorientowanych na drugiego człowieka, w taki sposób, który mi bardzo odpowiada. Bez zbędnych fajerwerków i bez zbytniej nachalności. Ludzi, którzy przychodzą i dostają to, czego oczekują, czego poszukują. Tomek stał się dla mnie prawdziwym przewodnikiem. Bardzo dużo z nim rozmawiałam przez te kilka miesięcy. Poruszaliśmy bardzo wiele ważnych tematów. Mogłam się wypłakać, gdy padłam ofiarą kolejnego ataku, a Tomek po prostu chwycił mnie wtedy za rękę i czekał. Zawsze ma dla mnie czas, zawsze odpowie na pytanie.
Niezwykłe dla mnie jest coś jeszcze. Często temat poruszany podczas Homilii, Studium Biblijnego czy po prostu rozmowy przy kuchennym stole porusza temat, który akurat jest bardzo bliski temu, z czym borykam się w danej chwili. I nie tylko ja tak mam. Ta mała Kaplica, w której nie da się być daleko, tworzy niezwykłą atmosferę intymności do rozmów o tym, co ważne, co porusza do głębi. Nie dziwię się już, że tak często tam bywam. Idę, zapalam świece, rozpalam kadzidło…I dziękuję Bogu, że postawił na mojej drodze Tomka.

P1060064

Jak nie zostałam Świadkiem Jehowy

Ten tekst powstał jesienią zeszłego roku. Ostatnio temat wiary osób LGBTQIA wywołał sporo dyskusji, więc postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami w tym zakresie. Najpierw tekst o Świadkach Jehowy, a niedługo o Reformowanych Katolikach.

16 lipca 2016 roku.
Tego dnia podjęłam bardzo ważną decyzję.
W kwietniu 2015 roku podjęłam także bardzo ważną decyzję, decyzję o tranzycji i złożeniu pozwu sądowego o prawną korektę płci.
Rok później podjęłam decyzję nie mniej ważną.
Decyzję dotyczącą chrztu. Drugiego w moim życiu, ale jakże innego.

P1050208

Pierwszy chrzest w moim życiu był taki, jak większości społeczeństwa w naszym kraju.
Piękny strój, biała poduszka i narzutka, rodzice chrzestni, którzy po co są, do dzisiaj nie wiem, bo nigdy nie poczułam jakoś szczególnie ich troski o mnie. A tak pięknie prezentują się na fotografii sprzed mszy. I niestety, już w czasie, gdy przechodziłam tranzycję, dostałam od nich i od ich rodzin jedynie fałsz i nieszczere słowa i uśmiechy…
Fakt, nasze relacje rodzinne przez cały czas były dziwne, ale tym bardziej nie rozumiem, po co wysilali się w tej konkretnej sytuacji. Zresztą nawet nie muszę znać odpowiedzi na to pytanie.
Wychowanie według kanonów rzymskiego kościoła katolickiego zaowocowało tym, że żyłam wiele lat według tych kanonów, ale z czasem oddałam się coraz bardziej. Nie czułam, że dostaję coś wartościowego w zamian za moje oddanie. Często odnosiłam wrażenie, że było wręcz odwrotnie.
Doszło do tego, że potrafiłam brać udział w sakramentach, gdy tego wymagała sytuacja, nie będąc wcale do nich w jakikolwiek sposób przygotowana (w odniesieniu do wymagań tychże kanonów, o których już wspominałam) i nie czułam żadnych wyrzutów sumienia.
Jednak nigdy nie wyzbyłam się wiary w to, że nie jesteśmy wybrykiem natury i że po naszej śmierci wszystko definitywnie się kończy. Nie starałam się określać siły, która tym wszystkim kierowała, ale wiedziałam, tak, zawsze o tym wiedziałam, że jest coś lub ktoś, kto tym wszystkim rządzi.
Zapewne mogłabym napisać kilkustronicową broszurę o różnych wizjach, jakie miałam, ale nie zrobię tego, gdyż w większości wymazałam je już z pamięci i miałabym spory problem z ich odtworzeniem.
Spory okres czasu uznawałam, że tą siłą jest Bóg. Lubiłam z Nim rozmawiać, zwłaszcza na łonie natury, albo w pustych starych kościołach, które przemawiały do mojej artystycznej duszy. W tym wypadku jednak, od momentu, gdy miałam okazję odwiedzić kilka świątyń ewangelickich, bardzo surowych w swoim wystroju, poczułam się w ich wnętrzach o wiele bliżej Boga niż w kipiących przepychem świątyniach rzymsko-katolickich. A już przysłowiową kropką nad i była wizyta w Licheniu, która do reszty pozbawiła mnie złudzeń co do tego, gdzie można Boga znaleźć. Na pewno nie tam.
Jednak moje pokręcone życie spowodowało w końcu, że wymazałam Boga ze swego życia. Dlaczego ?
Pierwszym takim znaczącym wydarzeniem było coś, co zrobiłam w 2007 roku. Sam fakt, że się na to zdecydowałam, że Bóg na to pozwolił (wtedy, tak jak większość, zadawałam to słynne pytanie : dlaczego Bóg na to pozwala ?) spowodował pierwszy poważny wyłom w moich kontaktach z Nim. Potem, gdy zaczynałam odkrywać siebie, swoją kobiecość, Bóg mi po prostu przeszkadzał, ograniczał mnie. Przecież moja przemiana, zwłaszcza jej początki, to klimaty bdsm, to seks w różnych konfiguracjach, to nagie występy na scenie. To zachowania obsceniczne, chęć przeżywania coraz to nowych, bardziej wyuzdanych przygód. Jak mogłam w tym mieć miejsce dla Boga ?! Przecież nie chciałam się ograniczać, nie chciałam zadawać sobie pytania, czy tak powinnam postąpić czy nie. Nie miałam żadnych hamulców.
Jednak On mnie nie opuścił, ani wcześniej, ani w tym okresie, ani później.
Nie powiem, że od początku przemiany wiedziałam, że czegoś brakowało mi do pełni. Gdy miałam za sobą kilka miesięcy studium biblijnego ze Świadkami Jehowy, wiedziałam, że tak właśnie było. Że właśnie tego potrzebowałam w swoim życiu, bo poczuć się pełną.
Potwierdzenie tego odczucia dostałam po tym, jak zupełnie oficjalnie zaczęłam mówić nie tylko, że studiuję Biblię ze Świadkami, ale że chcę żyć tak, jak oni, według zasad przez nich wyznawanych, zasad, które stały się także moimi. I wtedy słyszałam z ust wielu znajomych i przyjaciół, że cieszą się moim szczęściem, że widzą, że moja decyzja jest w pełni świadoma i że cenią moją konsekwencję. Często wtedy, tłumacząc swoje pobudki, ale także moje podejście do zasad, jakim zamierzałam się poddać, słyszałam wiele pozytywnych słów o samych Świadkach. Aż momentami odnosiłam wrażenie, że staję się dla nich takim pozytywnym katalizatorem odbioru tego, co sobą prezentują. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że wielu moich znajomych tego nie zrozumie i zacznę ich tracić. Zresztą, zauważyłam ten proces już dużo wcześniej, że pewne kontakty w naturalny sposób wygasają, wyciszają się. Za to zyskiwałam nowe, bardzo cenne i wartościowe. Nawet akurat w tym okresie nawiązały się realne przyjaźnie, które w jakimś stopniu w wirtualnym świecie istniały już długo. To było szczególnie dla mnie cenne, bo pozwalało mi wierzyć, że nie tracę ale zyskuję.
Praktycznie w momencie, gdy zobaczyłam Mariolę z Eweliną w to niedzielne popołudnie w drzwiach mojego mieszkania, wiedziałam od razu, w jakim celu przyszły. Uznałam, że skoro obie dziewczyny, które już znałam, coś widzą w głoszeniu, warto się temu przyjrzeć. A przy okazji przekonać się, jak moja osoba zostanie potraktowana w odniesieniu do kanonów biblijnych.
Bardzo mi się spodobały nasze spotkania. Nie były przesycone naukami, ale jednocześnie w bardzo fajnej atmosferze odsłaniały się przede mną kolejne zasady. Szybko stwierdziłam, że ja już od pewnego czasu zaczynałam pewne zasady w swoim życiu wprowadzać, tak, jakbym czuła, że tak powinno być.
Z czasem poznałam Esterę i Piotra. Zwłaszcza sposób bycia, jak i ogromna wiedza i swoboda w korzystaniu z niej, przypadła mi do gustu. Gdy Ewelina nas opuściła, wracając w rodzinne strony, jej miejsce zajął właśnie Piotr.
Oni oboje z Mariolą stanowili niezwykłą parę. Dzięki nim przekonałam się, że Świadkowie to zwykli ludzie, z normalnymi problemami, tym różniący się od innych, że wyznają pewne zasady i ich przestrzegają bardzo skrupulatnie.
Cieszyłam się na każde nasze spotkanie, i gdy w wyznaczonym dniu nie mogło się odbyć, mieliśmy z góry ustalony termin rezerwowy.
Sami wielokrotnie podkreślali, że ciekawi ich moja osoba, bo nie mieli jeszcze możliwości poznać trans kobiety. Dlatego nasze spotkania zawierały dużo rozmów o tym, kim jestem, ale także w odniesieniu do kanonów biblijnych. Sama ten problem badałam praktycznie od początku studium i byłam zazwyczaj dobrze przygotowana na dyskusje.
Po kilku miesiącach zostałam zaproszona na pamiątkę ofiary okupu, obchodzoną w czasie, gdy Chrystus umarł na palu. Z wielką radością i ciekawością wzięłam udział w tym spotkaniu i wtedy pierwszy raz miałam okazję poznać więcej głosicieli. Jakże się zdziwiłam, gdy na sali zobaczyłam Ritę, u której bywałam dość regularnie u niej w sklepie. Praktycznie od początku zostałam bardzo dobrze przyjęta przez członków Zboru. Zaczęłam regularnie bywać na niedzielnych spotkaniach. Często ktoś do mnie podchodził i wdawał się w rozmowę. Po pewnym czasie zaczęłam brać czynny udział w studium Strażnicy zgłaszając się i odpowiadając na pytania prowadzącego. Bardzo się ucieszyłam, gdy po jednym z takich studiów podszedł do mnie jeden ze Starszych Zboru i pochwalił za bardzo przemyślane wypowiedzi.
Mariola i Piotr towarzyszyli wielu ważnym wydarzeniom w moim życiu. Przeżywali ze mną utratę pracy w tak nieprzyjemny sposób. Przeżywali ze mną śmierć mego ojca. Dyskutowali o tym, czy poddanie się operacji, jaką już wtedy planowałam, nie wpłynie negatywnie na mnie w przyszłości.
Cieszyli się ze mną, gdy sprzedałam mieszkanie po rodzicach i kupiłam kawalerkę w Poznaniu. Pomagali rozwiązać prawdziwy węzeł gordyjski skomplikowanej dzięki ingerencji mojej byłej żony relacji z synem.
Wreszcie okazali mi bezinteresowną pomoc, gdy się przeprowadzałam. Nie było kwestii, że się nie da. Najdobitniej się o tym przekonałam, gdy dzień po przeprowadzce do Poznania, mimo innych ustaleń, okazało się, że muszę już zabrać swoje meble z mieszkania, które sprzedałam. Zadzwoniłam w sobotę, jak znalazłam miejsce dla nich, a w niedzielę pojechałam do Chodzieży, wzięłam udział w ostatnim moim chodzieskim spotkaniu a po nim pod już moje byłe mieszkanie podjechały trzy samochody i spora grupa braci zajęła się ewakuacją moich mebli i całego wyposażenia. To było dla mnie coś niezwykłego. Tak bezinteresownej i szybkiej pomocy jeszcze nigdy od nikogo nie dostałam.
Miałam też w tym czasie okazję porozmawiać z chłopakiem, który wychowywał się w rodzinie będącej od pokoleń Świadkami Jehowy. Jego spokojne i szczere wypowiedzi pokazały mi, jak normalna dla niego jest ta sytuacja i że praktycznie nie ma w związku z wyznawanymi zasadami problemów w swoim szkolnym środowisku.
Im głębiej wchodziłam w to środowisko, tym bardziej byłam pewna, że chcę żyć tak jak oni. Oczywiście, było wiele spraw, które wymagały pracy nad sobą, nad swoimi poglądami. Pisząc te słowa kilka miesięcy po opisywanych wyżej wydarzeniach, tych wątpliwości nadal było sporo i nadal, chociaż już na innej płaszczyźnie, szukałam miejsca dla siebie z zgromadzeniu Świadków Jehowy.
Przeprowadzka do Poznania zbiegła się z Kongresem Regionalnym. Brat Artur, z którym zostałam skontaktowana przez Piotra, zaprosił mnie na naszym pierwszym spotkaniu na Kongres. Mimo obaw związanych z niedawno przebytą operacją, zgodziłam się i nie żałowałam.
Dzięki wielu już miesiącom studium z Mariolą i Piotrem, byłam dobrze przygotowana, by odebrać we właściwy sposób treści przedstawiane podczas kongresu.
Cały trzydniowy program spędziłam min w towarzystwie żony Artura, Danusi.
Kongres spowodował, że podjęłam decyzję, że chcę za rok przyjąć chrzest. Postanowiłam się określić i poświęcić najbliższy rok na to, by sprawdzić, czy jestem na to gotowa. Nie myślałam wtedy, co zrobię, jak nie zdecyduję się na ten krok. Nie brałam w tym czasie pod uwagę opcji, że z powodu tego, kim jestem, nie zostanę dopuszczona do chrztu. Chciałam sama podjąć taką decyzję, niezależnie od tego, czy Zbór mi pozwoli czy nie.
Pełna zapału po Kongresie wznowiłam studium Biblii już w nowym Zborze.
I tutaj przekonałam się, ile tak naprawdę było we mnie wiary, a ile chęć bycia we wspólnocie ze Świadkami. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa o członkach mojego nowego Zboru, ale było inaczej. I to inaczej powoli, ale jednak skutecznie, budziło coraz więcej wątpliwości, na co ja jestem gotowa się zdecydować jako ja, a na ile chcę to zrobić, bo uwierzyłam Marioli, Piotrowi, Esterze…Tak, właśnie tak zaczynałam to odbierać. A pamiętam, jak mnie podczas jednego z pierwszych studiów Mariola właśnie przed tym ostrzegała. Jednak mimo wszystko postanowiłam nie rezygnować i dać sobie tyle czasu, ile założyłam.
Same zasady nadal mi nie przeszkadzały, jednak zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy ja będę w stanie podołać obowiązkowi głoszenia. Właśnie tutaj pojawił się największy problem, jaki musiałam rozwiązać, i który praktycznie sprowadzał się do podjęcia decyzji, przyjąć chrzest czy nie.
Nie miałam nic przeciwko głoszeniu, ale nie umiałam zgodzić się z wymogiem dostosowania swego życia do tej działalności. Byłam przed szukaniem pracy, i nie miało dla mnie znaczenia, że praca utrudni mi głoszenie i udział w spotkaniach. Byłam i jestem sama, więc musiałam myśleć o tym, by zapewnić byt nie tylko mnie, ale i mojej kotce. Także to, kim jestem, powodowało, że nie mogłam w ofertach przebierać. Nie chciałam też brać czegokolwiek, ale wiedziałam, że nie będzie łatwo. Jednak to wszystko jeszcze byłoby do pogodzenia, bo wielu Głosicieli tak robi. Jednak ja byłam praktycznie zdecydowana za rok podjąć studia. Nawet zamierzałam o tym informować przyszłego pracodawcę, by pokazać, że mimo wieku, chcę się rozwijać i pogłębiać swoje umiejętności. A podjęcie studiów praktycznie uniemożliwiało udział w spotkaniach niedzielnych i znacznie ograniczało możliwość głoszenia. Byłam pewna, że przyjmując chrzest z takimi ograniczeniami, postąpiłabym nierozważnie, gdyż z góry wiedziałabym, że nie podołam obowiązkom, jakie na mnie ten chrzest by nałożył.
Jednak co jakiś czas dostawałam sile argumenty na tak. Wspólny obiad, na który zaprosiła mnie Mariola, a na którym byli też Piotr z Esterą, przypomniał mi ponownie to, co tak mnie przyciągało do Zboru w Chodzieży, ale jednocześnie bardzo mocno pokazało mi, jak moja wiara jest jeszcze płytka, jak mocno jest osadzona w wierze moich przyjaciół a nie w moich własnych przekonaniach. Dwa dni później dzwoniła do mnie Danusia i kolejny raz dostałam silną dawkę zachęty. Nie ukrywam, że nie był to dla mnie łatwy okres. Z jednej strony chciałam żyć w Zgromadzeniu, z drugiej byłam przekonana już wtedy, że nie będę mogła przyjąć chrztu. Nie mówiłam wtedy o tym Braciom, bo jeszcze wiele mogło się w czasie, jaki był przede mną, zmienić.
Ale uruchamiana wtedy przeze mnie grupa wsparcia dla osób trans była kolejnym elementem, który zabierał czas. Ja byłam przekonana, że nie pojawi się we mnie tak mocna wiara, bym mogła zrezygnować z prowadzenia grupy, podjęcia studiów, czy zmiany pracy na gorszą by mieć czas na głoszenie. Jednak jednego byłam pewna już wtedy, że moja decyzja zostanie przedstawiona zgodnie z prawdą. Nie zamierzałam szukać wybiegów. I nawet gdyby miało się okazać, że nie mogę przyjąć chrztu i być głosicielką dlatego, że jestem trans kobietą, nie wykorzystałabym tego, by ukryć moje własne pobudki. Tak, jak napisałam wcześniej, niezależnie od decyzji Zboru, moja decyzja i tak miała być moją decyzją.
Dwa miesiące po Kongresie zaczęłam coraz częściej zadawać sobie pytania.
Cały czas nie było odpowiedzi, czy mogę brać aktywny udział w zebraniach, a forma biernego uczestnictwa coraz bardziej mi nie odpowiadała. W Chodzieży brałam cały czas aktywny udział w spotkaniach. W moim nowym Zborze nie mogłam. Musiałam czekać na decyzję zwierzchników.
Studium Biblii, prowadzone zupełnie inaczej niż w poprzednio, też mi nie odpowiadało. Brakowało mi tego zapału i jednocześnie humoru, jaki był nieodłącznym składnikiem spotkań z Mariolą, Piotrem, Esterą czy Eweliną.
Jednak te sprawy nie były na tyle znaczące, by spowodować moją rezygnację, choć nie ukrywam, że pomogły podjąć decyzję. Decyzję, która zapadła nagle, gdyż szykując się do prowadzenia grupy wsparcia dla osób trans, poznałam środowisko osób LGBT w Poznaniu skupionych głównie w Grupie Stonewall. Dostałam propozycję, by wziąć udział w kilku wydarzeniach w ramach odbywającego się w drugiej połowie września 2016 roku Tygodnia Dumy. Zgodziłam się, wiedząc, że przez to moja absencja na spotkaniach i studium znacznie się zwiększy. Ale nie czułam oporów.
Jeszcze walczyłam ze sobą. Jeszcze podczas Alfabetu Różnorodności, który otwierał Pride Week, na pytanie, czy wezmę udział w Marszu Równości, nie umiałam odpowiedzieć tak lub nie. Ale z każdą chwilą, im głębiej wnikałam w środowisko, poznawałam ludzi, tym pewniejsza byłam, że nastąpią poważne zmiany w moim życiu.
I nastały.
Uzmysłowiłam sobie, że już od pewnego czasu mówiłam wbrew sobie na studium Biblii, gdy odpowiadałam na pytania dotyczące aborcji, krwi, związków jednopłciowych. Czułam coraz większy konflikt wewnętrzny, który w czasie trwania Pride Week dochodził do apogeum, którym stała się decyzja wzięcia udziału w Czarnym Proteście. Pamiętam, jak czułam się niekomfortowo, biorąc udział w wiosennym proteście w Poznaniu, przed spotkaniem w Meskalinie z Kingą Kosińską. Teraz takich wątpliwości nie miałam, a przecież, zwłaszcza po Kongresie, powinnam mieć je tym bardziej.
Jednak nie. Zrozumiałam, że to już jest ostatni gwizdek, by zdecydować się, co jest dla mnie w życiu ważniejsze. I wybrałam ludzi, moich przyjaciół, osoby, znajomych, którzy walczą o prawo do życia w poszanowaniu i godności. Walce z uciskiem. Świadkowie uczą, że ucisk dopiero nadejdzie. Niestety, nie mają racji, ucisk już przyszedł i ogarnia coraz większą sferę naszego życia.
Jestem trans kobietą, należę do mniejszości LGBTQI+. Wiem, że nasze prawa są jeszcze mniej słyszalne i pamiętam te dyskusje i konflikty, jakie wybuchały wokół protestów KOD i Komitetu Ratujmy Kobiety. Teraz zobaczyłam i usłyszałam, że nasz głos może być usłyszany i zrozumiałam, że nie mogę stać z boku, bo jestem jedną z tych nielicznych, które mogą zabrać głos w naszej sprawie. I postanowiłam to z pełną świadomością czynić.
Dlatego pojawiłam się na platformie autobusu prowadzącego Marsz Równości, by było mnie widać, by było widać trans kobietę.
Dlatego wzięłam do ręki tęczową flagę i stanęłam w pierwszym szeregu przed mównicą podczas protestu przed Sejmem.
Dlatego w strugach deszczu stałam z tysiącami innych protestujących na Placu Mickiewicza w Poznaniu i słuchałam wspaniałej przemowy Sue Beel o nas, osobach nieheteronormatywnych i transpłciowych.
Czułam się dumna, słuchając tych słów, że jestem tam, daję swoją obecnością świadectwo, że my też mamy prawa, o które chcemy wspólnie z innymi walczyć. I czułam dumę, gdy szłam przez tłum i widziałam spojrzenia, w których często widziałam zrozumienie.
Tak, ucisk już się zaczął, a ja nie mogę stać z boku i patrzeć na to. I nie stoję. I nie będę stać.
Myślałam, że decyzja iść czy nie iść dalej przez życie zgodnie z tym, co głoszą Świadkowie Jehowy, zajmie mi więcej czasu. Stało się jednak inaczej.
Decyzja już zapadła.
Zapadła w czasie Pride Week.
Podczas rozmów w trakcie Alfabetu Różnorodności.
Odpowiadając na pytania w trakcie wydarzenia Wczuj się w trans.
W czasie debaty o związkach partnerskich i jednopłciowych podczas Family Pride.
Jadąc na platformie w czasie Marszu Równości.
Stojąc z tęczową flagą przed Sejmem.
Moknąc na Placu Mickiewicza.

Nie mogę i nie chcę pozwolić na to, by ucisk, który fundują nam rządzący, trwał dalej i objawiał się kolejnymi krokami pozbawiającymi nas kolejnych praw, których mamy coraz mniej.
Chcę pomagać tu i teraz, chcę walczyć z uciskiem, który dotyka nas na każdym kroku. I chcę, by tu i teraz był nasz raj, a nie po śmierci.
Nie wiem, co będzie, gdy umrę, ale wiem, jakie piekło nas czeka, jak nie zatrzymamy tej grupki frustratów, którzy skorzystali z tego, że Polacy po ponad dwudziestu latach mieli już tak dość polityki, że olali ostatnie wybory. Ja zresztą też je olałam. I teraz wszyscy za to płacimy i musimy o swoje prawa walczyć na ulicach, bo w Sejmie nas nie chcą słuchać.
A jest o co walczyć.
Wprowadzenie związków partnerskich spowoduje, że nie będziemy musieli się rozwodzić, by przejść tranzycję.
Zgoda na wychowanie dzieci w związkach jednopłciowych zlikwiduje odbieranie praw rodzicielskich dokonującym tranzycji rodzicom nieletnich dzieci.
Dopuszczalność antykoncepcji chirurgicznej pozwoli osobom trans przejść zabiegi, które zapobiegną niechcianej ciąży i płodzeniu niechcianych dzieci.
Skoro nie możemy spełnić się biologicznie w takiej funkcji prokreacyjnej, jakiej chcielibyśmy doświadczyć, albo przynajmniej mieć możliwość jej doświadczenia, powinniśmy mieć możliwość nie „spełniać” się w funkcji, jakiej nie uznajemy i jakiej nie oczekujemy, jakiej niekiedy wręcz w sobie nienawidzimy, w każdym momencie, a nie tylko, gdy sąd zdecyduje, że możemy.
Ale także, jeżeli trans kobieta chce spłodzić dziecko, a trans mężczyzna chce je urodzić, żeby mieli pełne prawo taką decyzję podjąć i to zrobić. I żeby nikt wtedy nie poddawał w wątpliwość ich tożsamości płciowej. Bo kobieta nie może spłodzić dziecka a mężczyzna urodzić, gdyż nie da się w takiej sytuacji wystawić aktu urodzenia.
O to, i o jeszcze wiele innych spraw, chcę walczyć, chcę mówić, chcę uświadamiać i chcę dyskutować. I chcę temu właśnie poświęcić swoją energię i wolny czas.
I cieszę się, że już na tą drogę weszłam.
Kilka dni po Czarnym Proteście zdecydowałam się powiedzieć o mojej decyzji starszym mojego Zboru.
Zaprosiłam ich do siebie i powiedziałam. Jedno się nie zmieniło. Nadal cenię ich i ich podejście do tego, co robią. Słyszałam i czytałam sporo na temat Świadków, ale Ci, których poznałam osobiście wzbudzili moje zaufanie i podziwiam ich, że są tak wytrwali. Ale jednocześnie akurat w tym samym czasie dowiedziałam się, że jedna z sióstr, utraty kontaktu z którą się obawiałam, odeszła z organizacji i zgodziłyśmy się w fundamentalnym powodzie naszych decyzji.
Nie można żyć w oderwaniu od rzeczywistości, a Świadkowie właśnie do tego zmierzają i tak postępują.
Moja decyzja została przyjęta spokojnie. Spotkałam się ze zrozumieniem i podziękowano mi za szczerość i przedstawienie swoich pobudek i wniosków.
Usłyszałam, że droga jest otwarta i że w każdym momencie mogę wrócić do studium i przyjść na zebrania otwarte. Nie zadałam pytania, czy uzyskali już odpowiedź w mojej sprawie i już jej nie uzyskałam.
Jednego byłam pewna, nie wrócę. Ale nie uważałam tego czasu za straconego. Poznałam inny sposób życia i poznałam wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli mi w różnych trudnych sytuacjach. Na pewno nie zapomnę ich bezinteresownej pomocy, jakiej mi udzielili. I wiem, że wielu powie tutaj, że nie robili tego „za darmo”. Ja jednak w tym wypadku zdania nie zmienię. Nigdy. Pomogli mi, gdy tej pomocy potrzebowałam, nie oczekując niczego w zamian, bo tak nakazuje im wiara, którą wyznają.
Tak, jak kiedyś napisałam, decyzja, czy zostanę Świadkiem czy nie to będzie moją decyzją i podałam prawdziwe powody, dla których zrezygnowałam.
Był jeszcze jeden powód, który budził moje wątpliwości.
Po przeprowadzce do Poznania zaczęłam brać udział we wtorkowych spotkaniach, gdzie sporo było wiadomości o tym, jak głosić i czego się oczekuje od głosicieli. Tutaj pojawiły się pierwsze wątpliwości. Słyszałam coraz częściej, jak ludzie rezygnują z jakiejś pracy, szukając innej, jak rezygnują ze studiów, jak zmieniają swoje przyzwyczajenia. Muzyka, filmy i książki najlepiej tylko produkowane przez organizację.
Pytałam siebie, czy ja tego też pragnę, czy ja także podejmę takie decyzje. I dostawałam od siebie zawsze jedną odpowiedź. Nie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mając wybór, grupa wsparcia, studia, praca a głoszenie, wybiorę głoszenie. Powoli dojrzewałam do decyzji, jaką w końcu podjęłam. Tylko myślałam wtedy, że przynajmniej spróbuję to jakoś połączyć.
Już po podjęciu decyzji byłam pewna, że nie udałoby mi się zadowolić swoich przełożonych w Zborze i sprostać własnym oczekiwaniom. Czyli, nawet gdybym nie wzięła udziału w Pride Week i Czarnym Proteście, decyzja i tak byłaby identyczna.
Więc dobrze się stało, że zapadła szybciej.
A chrzest?
Nie było drugiego chrztu, ale było odnowienie. Ale to już zupełnie inna historia…

Operacja

Im bliżej finału, tym coraz częściej myślę o niej.

Nie dlatego, żeby zaraz ją zrobić, ale…właśnie, ale. Apetyt rośnie w miarę jedzenia? Nie wiem co mnie prowokuje ponownie do tych myśli. Przecież nie mam problemów, by funkcjonować tak, jak chcę, a jednak…To nawet nie jest spowodowane, że go jakoś specjalnie w sobie nie lubię. Doceniam zalety jego posiadania, gdy muszę skorzystać z toalety w pociągu na przykład. Ale mimo wszystko myślę o tym coraz częściej.

To chyba jednak jest tak, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. I wiem, dlaczego u mnie wygląda to tak, jak wygląda. Od początku tak było…

Najpierw był fetysz. Potem szukałam możliwości funkcjonowania jako transwestyta. I zarzekałam się, że nie będę brała hormonów, że o reszcie nie wspomnę. Potem stwierdziłam, że jestem transkobietą, ale zamierzam żyć w takiej formie, w jakiej wtedy funkcjonowałam. Aż wreszcie zapadła decyzja. Tranzycja.

Wszystko to były etapy. Miały swój wstęp, realizację i zakończenie, będące jednocześnie wstępem do kolejnego etapu. I to chyba cała tajemnica. Zrealizowałam kolejny etap, więc można było zobaczyć, gdzie jestem i jak się z tym czuję. Nie ukrywam, że na samym początku przerażała mnie wizja tego, co mnie czeka, jak podejmę pełną procedurę korekty. Teraz okazuje się, że ją przeszłam, ale zrobiłam to na raty. I przez cały czas nie miałam z tym problemu, nie wariowałam z niecierpliwości, braku możliwości tego czy tamtego. Ale jednocześnie cały czas dojrzewałam do kolejnego etapu, do kolejnej decyzji.

Tak było na przykład przy okazji orchidektomii, która wcale łatwą decyzją nie była. Była czymś, co wymagało ode mnie bardzo wnikliwej psychoanalizy. Jednak bardzo pomocna była tu świadomość, że jest to wręcz wskazane ze względów zdrowotnych, więc podjęcie decyzji nie było aż tak trudne. A jednak nie było łatwe. Mimo, że musiałam się jej poddać, to podeszłam do zabiegu jak do swoich narodzin na nowo i nawet komplikacje pooperacyjne nie osłabiły mojej radości, że stało się to, co się stało.

Wtedy byłam przekonana, że to wszystko, co w zakresie operacyjnym zrobię. lecz już wtedy zostało zasiane ziarenko, które cały czas spoczywało na pożywnej glebie i czekało. A teraz zaczęło kiełkować i prowokować mnie ponownie do zadania sobie pytania. I to pytanie jak już raz się pojawiło ponownie, nie chce dać się odsunąć w niebyt…

Cały czas mam w szufladzie sporo bielizny, której mimo, że mam już tam o wiele mniej, nadal nosić nie mogę. Nadal marze o tym, by założyć kostium i iść na basen, kostium bez spódniczki. Tym bardziej, że już niedługo będę mogła oficjalnie. gdy patrze na swoje nagie ciało i widzę małe, bardzo małe, ale jednak, piersi, chciałabym coraz bardziej na dole nie widzieć tego, co widzę teraz. Nie muszę mieć pochwy i nigdy jej mieć nie będę, ale mogę nie mieć jego…

Jeszcze muszę się skupić na obecnym kroku. Jeszcze wymaga on wiele uwagi. Ale widzę, jak zmieniła się moja świadomość od czasu, gdy pisałam pozew. Wtedy pisałam, że potrzebuję prawnej korekty by poddać się operacji, bo tak trzeba było napisać. I wiedziałam, że będę musiała tak mówić na rozprawie. Już wtedy, by to było jak najbardziej autentyczne, byłam przekonana, że gdyby ktoś mi dała wtedy pieniądze, nie wahałbym się. I chyba ta myśl także kiełkowała. Teraz, gdy za ponad 3 tygodnie mam mieć konsultację u biegłego, właściwie już przynajmniej w zakresie chęci nie muszę udawać…Chcę się jej poddać. Czy tak się stanie ? Czas pokaże. Ale zbliżający się ku końcowi kolejny etap prowokuje kolejne wyzwanie. Stawia kolejne pytanie. I odpowiedź jest coraz bardziej zdecydowana.

Oczywiście, teraz, gdy zaczynam poważny projekt, gdy podjęłam studia, gdy być może będę realizowała projekt konkursowy, operacja wiele by skomplikowała…Ale obawiam się, że moja kolejna książka znowu zaczyna odsuwać się w czasie, bo skoro zaplanowałam w niej opisać cały proces, CAŁY, to…Nie wiem, czy chcę za długo jej debiut odkładać…

Mój chirurg urolog takiej operacji jeszcze nie robił, ale sam mi ją zaproponował. tej, którą mi zrobił, w takiej formie, też jeszcze nie robił. Ja byłam pierwsza.

Niedokończona sprawa…

Biegły

stażystka

Wczoraj dostałam wezwanie z sądu na konsultację z biegłym sądowym, tak więc kolejna niewiadoma staję się wiadomą. Konsultację mam z dr Stanisławem Doroszem w Koszalinie w dniu 9 kwietnia.

Jestem bardzo spokojna. Praktyki, w ramach których od kilku dni biorę udział w konsultacjach psychologicznych, także w zakresie rozpoznania zaburzeń identyfikacji płci, dają mi dodatkową pewność, że podołam temu zadaniu bezproblemowo. Ciekawa jestem, jak przebiegnie ta rozmowa, tym bardziej, że mam nadzieję, że ta jedna wystarczy. Nie wiem, jak jeszcze bardziej mogłabym przekonać o swojej autentyczności w odbiorze siebie jako kobiety niż w takim zakresie, jak robię to obecnie.

Ostatnio to nawet się uśmiałam pod nosem, jak usłyszałam za plecami słowo „kurwa”. No cóż, jak mam wybierać, to wolę takie określenie niż „pedał”, choć oczywiście oba są jednakowo obraźliwe. Skoro więc jestem już wyzywana takimi słowami, to chyba moja kobiecość jest dosyć autentyczna.

A w życiu ciągle nie mam czasu się nudzić. Od dłuższego czasu moja współpraca na siłę z jedną z organizacji LGBT+ była coraz bardziej problematyczna. Gdy zostałam pozbawiona możliwości odbywania w niej praktyk studenckich, mimo podpisania zgody i porozumienia z moją uczelnią, coraz bardziej zastanawiałam się nad tym, czy jest sens dalej brnąc w tym układzie. Wreszcie zawirowania przy grupie wsparcia dla osób trans stały się impulsem, który zaowocował podjęciem decyzji. Zakończyłam współpracę z tą organizacją. Złożyłam rezygnację z współprowadzenia grupy wsparcia dla osób trans. Gdy w grudniu 2016 roku byłam zdecydowana zakończyć tą współpracę (właśnie wtedy, jako wynik powstałego wtedy konfliktu, pojawiła się inicjatywa powstania Trans-Akcji), posłuchałam innych i uległam. Wbrew sobie. Wtedy postąpiłam tak ostatni raz. Ustąpiłam wtedy zresztą na szerszym polu, gdyż wbrew sobie zgodziłam się na modyfikację mojego pomysłu, mojej koncepcji. Efektem tego ustępstwa jest inna sytuacja konfliktowa, która doprowadziła do tego, że zrezygnowałam z dalszego rozwijania projektu Trans-Akcja i skupiłam się na kompletnie nowej koncepcji. Poszłam za ciosem i na łamach prasy, w „Chodzieżaninie”, opowiedziałam o mojej nowej koncepcji. A Ania napisała o tym ciekawy reportaż, który ukazał się na łamach w wydaniu z dnia 17 marca tego roku (polecam).

Ale teraz, u progu wiosny mam już dokładnie skonkretyzowany plan przedsięwzięcia i jego realizacji. Mam obok siebie grupę odpowiedzialnych osób, które ufają mi i dają kredyt zaufania. A ja tego zaufania nie zawiodę. Nie ukrywam, że to wszystko, co działo się od grudnia wokół mnie, pozostawiło sporo niesmaku. Zweryfikowałam pewne poglądy, zawiodłam się na ocenie niektórych ludzi. Ale dzięki temu dodatkowo okrzepłam i nauczyłam się, jak powinnam postępować. I właśnie zaczynam to wprowadzać w życie.

Oczywiście nie rezygnuję z grupy wsparcia dla osób trans. W ramach działań mojej nowej inicjatywy uruchamiam trzy cykliczne spotkania grupowe skierowane do środowiska LGBTQIA :

1. Grupa samopomocy dla osób trans i ich bliskich. Studiując psychologię, mając możliwość zdobywać praktyczne umiejętności na oddziałach endokrynologii i neurochirurgii, i mając w ramach tych działań stały kontakt z psychologiem, który w dodatku udziela konsultacji naszym podopiecznym, nie mam obaw o to, że nie podołam temu zadaniu.

2. Grupa spotkaniowa dla kobiet nieheteronormatywnych 40+, która jest pod opieką innego psychologa. Ta grupa już funkcjonuje.

3. Grupa terapeutyczna dla osób nieheteronormatywnych z problemami uzależnień. Ta inicjatywa jest kolejną odpowiedzią (jak grupa kobiet) na zgłoszone zapotrzebowanie. Spotkanie inauguracyjne odbędzie się pod koniec kwietnia po dokonaniu formalnych ustaleń z odpowiednimi instytucjami.

Poza tym oferujemy, o czym już wspomniałam, indywidualne konsultacje psychologiczne oraz skierowane do osób trans i ich bliskich spotkania indywidualne z doświadczonymi osobami transseksualnymi.

Kończąc te przemyślenia mogę stwierdzić, że mam za sobą kolejną ciekawą lekcję życia. Lekcję która, o czym mogę Was solennie zapewnić, nie poszła i nie pójdzie na marne…

Godne życie jest naszą Misją!

slider-2

Powstaje nowa inicjatywa skierowana do seniorów oraz osób niepełnosprawnych i ich rodzin, dlatego zapraszamy wszystkich zainteresowanych na spotkanie, podczas którego przedstawimy założenia projektu oraz planowane sposoby jego realizacji. Liczymy, że Wasze cenne uwagi pomogą jeszcze lepiej dostosować projekt na etapie wdrażania do Waszych potrzeb.

W ramach projektu będziemy rozwijać pakiet usług, w skład którego wejdzie opieka i wsparcie w domu pacjenta, opieka paliatywna w domu pacjenta, aktywizacja poprzez różne formy warsztatów (taneczne, muzyczne, plastyczne, psychologiczne itp.)

Spotkanie odbędzie się w Poznaniu w Centrum Bukowska przy ul. Bukowskiej 27/29 w dniu 6 kwietnia o godzinie 17.00