„Chłopiec w czerwonej sukience”

Chłopak w czerwonej sukience

Taka mnie dzisiaj naszła refleksja, że wiem, dlaczego mój udział w niedawno zorganizowanym konkursie literackim przeszedł bez echa. Ja nie jestem literatką, nie umiem pisać pięknie i abstrakcyjnie, bo ja po prostu nie lubię takiej literatury. A nie mogę być przekonująca w czymś, czego nie czuję, więc już nie będę startowała w takich konkursach. Ja uwielbiam prostotę przekazu. Nawet, jeżeli to fikcja, to musi być napisana tak, by wydawało mi się, że czytam zapis autentycznej historii. Wtedy ta historia mnie wciąga i nie pozwala się oderwać. I cały czas, trafiając na taką pozycję, tylko w tym się upewniam. Moja przygoda z taką literaturą, wyrwaną często z najgłębszych zakamarków duszy i podająca autora otwarte serce na dłoni, zaczęła się od książki Kariny Kończewskiej „Droga do marynarza”. Potem była „Dziewczyna z portretu”. „Mam na imię Ania” Ani Grodzkiej i „Brudny róż” Kingi Kosińskiej. Historie prawdziwe do bólu, bez zbędnych ozdobników. Taka literatura do mnie najmocniej przemawia i taką właśnie tworzę. I chyba dlatego od roku nie przeczytałam całego zbioru „Namaluj mi wiatr”, chociaż częściowo już mam ją za sobą. Jednak do tej refleksji sprowokowała mnie kolejna książka. Przyznam się, że długo się wstrzymywałam, gdyż jestem tak do bólu binarna, że bałam się czytać o tym, że ktoś pragnie tego, czego ja nienawidzę w sobie. Bałam się,że nie będę umiała jej przeczytać tak, jak powinnam. W pewnym momencie zdałam sobie jednak sprawę, że skoro chcę pomagać, skoro chcę kiedyś pracować jako psycholog, oczywiście z osobami trans także, nie mogę uciekać przed drugim biegunem. I wtedy zamówiłam książkę Macieja Lotera „Chłopiec w czerwonej sukience”. Gdy usiadłam do niej, nie przeczę, byłam w stanie się oderwać, ale czytałam ją dwa dni i praktycznie od połowy już nie potrafiłam jej odłożyć. Kolejna pozycja, która poruszyła mnie do głębi i pierwszy raz odkryła przede mną tak pięknie, a jednocześnie tak prosto, drugą stronę. Kończąc ją ze zdumieniem uzmysłowiłam sobie, że ani przez moment nie miałam takich odczuć, jakich się obawiałam. Potrafiłam wejść w skórę Macieja i iść z nim krok za krokiem w trakcie całej Jego długiej drogi. Sama mam za sobą własną autobiografię, więc doskonale rozumiem Jego obawy i nadzieje. Jednak najgoręcej chcę podziękować Maciejowi za to, że postanowił ją napisać i dać swoją historię nam wszystkim. I mogłabym tylko dodać do zakończenia Jego książki, że tak, słowa to tylko słowa, zostawmy je, niech przebrzmią, bo one nam krzywdy nie zrobią, jak im na to nie pozwolimy. Ale jednocześnie pozwalajmy naszym słowom docierać wszędzie, bo one mają ogromną moc i być może ktoś pozwoli, by te słowa zagościły w jego sercu i umyśle i pomoże mu to zrozumieć nas. Im więcej tych słów z głębi trzewi, z głębi serca i duszy, bez upiększeń, z nagą prawdą, tym większa jest nadzieja, że ludzie zastanowią się, dlaczego jedna dziewczyna walczy 15 lat z chorobą i wreszcie znajduje swojego Marynarza i swoje szczęście, w które czasami wątpiła; dlaczego wiele osób stawia wszystko na szali, by móc być sobą, dlaczego osoba niepełnosprawna nie załamuje się, tylko podejmuje trud rehabilitacji, i dzisiaj, 8 lat po wypadku i wszczepieniu endoprotezy stawu biodrowego nie pamięta, że ją ma; dlaczego ktoś poddaje się bolesnej, drogiej, grożącej komplikacjami operacji, dlaczego rezygnuje świadomie z macierzyństwa i skazuje swoje ciało na trucie lekami do śmierci; dlaczego wreszcie tak wielu nigdy nie podejmie tego ryzyka i u kresu swego życia zada sobie pytanie, czemu, dlaczego, w imię jakich wartości zrezygnowałem(-ałam) z walki o siebie. Autorzy, których wymieniłam dają nam wszystkim na to odpowiedź. I chwała im za to !

PS. Chciałabym jeszcze coś dodać. Ja nie uważam wcale, że te książki są literacko prymitywne, że czegoś im brakuje. Ja je czytam za szybko, by zastanawiać się, czy mogłoby to być napisane lepiej, czy są jakieś literówki, czy budowa stylistyczna jest prawidłowa. Nie interesuje mnie to. Czytam i słucham siebie. Słucham swoich reakcji i na tej podstawie oceniam, czy przemówiła do mnie czy nie. I tylko to się dla mnie liczy przy ich ocenie. Albo mnie „wywróciły” na lewą stronę albo nie. One wszystkie tego dokonały.

Spotkania autorskie

książki
W czwartek 18 maja 2016 roku rozpakowałam przesyłkę pachnącą świeżą drukarską farbą.
Dystrybucja wersji drukowanej mojej autobiografii bardzo mnie zaskoczyła. Zrobiłam sklep internetowy, by ją sprzedawać, ale, w chwili, gdy pisze te słowa, zostało mi do sprzedaży, poza zarezerwowanymi książkami, dziesięć egzemplarzy. W sklepie sprzedałam dwie. Poprzez facebooka kolejne dwie. A resztę ?Poszłam pokazać ją przyjaciołom i znajomym, bliższym i dalszym. I oczywiście, nie zdarzył się cud, że wszędzie tam, gdzie ją pokazałam, sprzedałam. Ale miejsc, gdzie dostałam „tylko” gratulacje z powodu wydania własnej książki, niekiedy połączone z krótką rozmową, było zdecydowanie mniej, niż miejsc, gdzie zostawiałam egzemplarz książki z osobistą dedykacją. I praktycznie w każdym przypadku, prezentacji książki towarzyszyła rozmowa o niej, takie swoiste spotkania autorskie. U Arka wręcz zostałam zaskoczona bardzo miłym akcentem, gdy Arek zrobił mi serię zdjęć, gdy podpisywałam Mu książkę. Bardzo ciekawą i budującą rozmowę odbyłam z Teresą. Miałam też takie sytuacje, gdzie mimo tego, że książki nie sprzedałam, przynajmniej podczas tej pierwszej prezentacji, odbyłam i tak bardzo ciekawą rozmowę, gdzie mogłam zaspokoić ciekawość związaną z moją publikacją. Tak było na przykład w przypadku Rity i Doroty.
Przekonałam się dobitnie, jak wielką pracę wykonałam w ciągu tego roku, by przekonać ludzi do mnie. Oczywiście nie wszystkich, ale reakcje, z jakimi się spotykam, słowa które słyszę, pozwalają mi wierzyć, że pokazałam, że trans kobieta to nie dziwoląg przebieraniec tylko normalna, może trochę wyjątkowa, kobieta, w dodatku zawsze elegancka. To także usłyszałam.
24 godziny po rozpakowaniu przesyłki do sprzedaży w sklepie zostało mi 10 egzemplarzy plus 5, które dałam do sprzedaży w bibliotece. Parę egzemplarzy zostawiam sobie. Natomiast resztę sprzedałam lub odłożyłam już zamówione do odbioru.
Najbardziej się wzruszyłam, gdy skorzystałam z zaproszenia sąsiadki z mojego bloku. Starsze, emerytowane małżeństwo. Pierwszy raz byłam u nich. Nigdy przedtem, mimo że mieszkałam tu kiedyś wiele lat, to się nie zdarzyło. Usłyszałam wiele ciepłych słów wsparcia i zrozumienia dla tego, co robię ze swoim życiem. I sprzedałam także im moją książkę. Ze specjalną zniżką dla emerytów.

Trzynastego maja w piątek !

P1040750
Nigdy nie byłam przesądna, ale takie zestawienie…i co ?! Żadnego pecha, wręcz odwrotnie !
Po śmierci taty ustaliłyśmy z siostrą, że sprzedajemy mieszkanie. Początkowo planowałam wynająć coś w Poznaniu, by mniej więcej po roku kupić sobie jakąś kawalerkę. Tak, postanowiłam wrócić do Poznania. Zamierzam tutaj w przyszłości uruchomić grupę wsparcia dla osób trans. Najpierw indywidualne spotkania, może w małym gronie. A z czasem kto wie, może w większym gronie. Miedzy innymi z tego powodu, ale oczywiście nie tylko, zamierzam za rok rozpocząć studia psychologiczne. Zamierzam się zając psychologia w przyszłości w pełnym, profesjonalnym wymiarze. Zachęty Pani Ani zasiały skuteczne ziarno…
Gdy znalazł się potencjalny klient na nasze mieszkanie, zaczęłam sprawdzać ofertę kawalerek do wynajęcia. Szybko stwierdziłam, że to droga donikąd. Przejadłabym pieniądze i zostałabym z niczym. Wtedy zaczęłam szukać ofert sprzedaży. I trafiłam na ofertę Pani Renaty. Umówiłam się na spotkanie, jak się później zorientowałam, 13 maja w piątek. Doprowadziłam do skutecznego końca negocjacje z klientem na nasze mieszkanie i pojechałam na rozmowy. Przyznam, że jechałam z nastawieniem, że bez względu, jak potoczą się negocjacje, ja to mieszkanie kupię. I tak się stało. Bardzo ważkim argumentem było też to, że z ulicy sprzed bloku,w którym jest mieszkanie, widać wzgórze parku Cytadela. Moje ukochane miejsce do spacerów. Poza tym, zaraz za rogiem, brzeg warty i Ostrów Tumski pełen historycznych śladów. Ścisłe centrum Poznania. Bardzo atrakcyjne mieszkanie, nowoczesne budownictwo i atrakcyjna cena.
Pojechałam, odnalazłam adres, poczekałam na ławce osiedlowej na pośrednika i … kupiłam.
Latem, najpóźniej w sierpniu, będę już w Poznaniu i zaczynam kolejny etap mojego życia. Przypuszczam, że, gdy chodzi o miejsce, ostatni. Zaczynam prawie od zera, ale z własnym mieszkaniem.
Ale to nie koniec „pechów” piątkowej majowej trzynastki.
Wieczorem nagle na facebooku zobaczyłam wpis Marcina, że już czyta moją autobiografię. Zaraz przeszukałam internet i okazało się, że ebook jest już dostępny w dwóch księgarniach. Tak więc zadebiutowałam jako pisarka i zarobiłam pierwsze pieniądze na mojej autobiografii.
Ach, jaki ten piątek trzynastego maja pechowy. Takich pechów to ja chcę jak najwięcej :-).

„Lukrecja w ciele Krzyśka”

cover wer.2 916x1272

 

http://lukrecja.sellingo.pl

Tak, wreszcie jest.
Jak kiedyś napisałam na swoim pierwszym blogu, nie tak łatwo jest pisać o sobie.
Tą książkę zaczęłam pisać jeszcze w 2012 roku. Miałam dłuższe i krótsze przerwy. Traciłam zapał, chęć. Wtedy wspierały mnie wspaniałe przyjaciółki, które wręcz zmuszały mnie do pisania. Z pierwszą częścią nie miałam problemu. Tak, jak ją napisałam w 2012 roku, tak ją zostawiłam. Dopiero na etapie korekty redakcyjnej dokonałam niewielkich zmian, głównie kosmetycznych. Natomiast druga część to cała historia. Doprowadziłam ją do jesieni 2013 roku. I tak postanowiłam zakończyć tą część, planując w przyszłości napisać trzecią i ostatnią.
Gdy postanowiłam przygotować w 2015 roku wersję elektroniczną, z pierwszą częścią nie miałam problemów. Jednak, gdy w następnej kolejności wzięłam się za część drugą, szybko zrozumiałam, że to nie to. Duży wpływ na tą decyzję miała lektura książki „Brudny róż”. Głównie pod jej wpływem postanowiłam napisać „Lukrecję” od nowa. I tak zrobiłam. Plany miałam jednak inne. Chciałam opisać w niej cały proces tranzycji, rozprawę i pierwsze wrażenia z życia w nowej rzeczywistości.
I ponownie Kinga „namieszała”. Po spotkaniu w Poznaniu zrozumiałam, że tak naprawdę moja przemiana się już zakończyła. Oczywiście nadal trwa i na pewno przyniesie mi jeszcze wiele ciekawych sytuacji i niejedno wyzwanie. Ale główny cel, jaki przyświecał powstaniu właśnie tej części już osiągnęłam, dlatego postanowiłam ją zakończyć i wydać.
Gdy moja jedyna próba pozyskania wydawcy pozostała bez odpowiedzi, zdecydowałam się wydać ją sama. Skorzystałam z internetowego wydawnictwa Ridero. Nie skorzystałam z pomocy fachowców. Raz, ze względu na oszczędności. Dwa, chciałam, by ta bardzo osobista książka była taka, jak ją wymyśliłam i napisałam. Chciałam, by znalazło się każde słowo, które napisałam. Sama też zrobiłam okładkę. Być może są błędy, być może mogłaby mieć ciekawszą formę, trudno. Jest to książka bardzo osobista i dokładnie taka, jaką chcę zaprezentować. Pracowałam nad nią dostatecznie długo, by być tego pewną.
Książka jest w wersji elektronicznej.
Zamówiłam też niewielki nakład drukowany, bo nie wyobrażałam sobie sytuacji, że nie będę jej miała na półce obok innych książek.
Żeby móc sprzedawać wersję papierową zmierzyłam się z kolejnym wyzwaniem. Założyłam i skonfigurowałam sama własny sklep internetowy. W ten sposób zakres moich umiejętności internetowych znacznie się powiększył. Nie znam języka programowania. Jestem humanistką. Nie brałam udziału w żadnych kursach a potrafię edytować i montować krótkie filmy i prezentacje, projektować strony internetowe. A teraz doszło do tego konfigurowanie sklepu internetowego. Oczywiście nie twierdzę, że jestem profesjonalistką w tej dziedzinie. Wiele elementów w tym zakresie to dla mnie czarna magia. Przede wszystkim dlatego, że nie miałam potrzeby ich rozwiązywać. Ale przekonałam się też, że jak trzeba, to często udaje mi się opanować kolejny dział.
Tak było na przykład, gdy od podstaw, bez pomocy, nauczyłam się obsługiwać profesjonalne programy do projektowania stolarki aluminiowej.
Głęboko wierzę, że siłę do tego, by podejmować te wyzwania i je pokonywać daje mi to, że wreszcie jestem sobą. Że wreszcie zrozumiałam, co przeszkadzało mi być kimś przebojowym, zdecydowanym, odważnym i silnym psychicznie. Takim kimś jestem teraz.
Z ostatniej chwili…Zaczęłam już pracować nad kolejna książką…

Fajnie jest babieć coraz bardziej

Zaczynałam pisać ten blog po śmierci mojej mamy. Minął ponad rok i ponownie zajmowałam się pogrzebem. Zmarł mój tata. Mimo, że nie miałam z nim dobrych relacji, ten ostatni rok, który z nim spędziłam, spowodował, że trochę inaczej spojrzałam na wiele spraw. Jego śmierć bardzo mnie zaskoczyła, chociaż spodziewałam się tego z upływem czasu coraz bardziej.

Pogrzeb ponownie był okazją do konfrontacji mojej kobiecości z rodziną. I tutaj spotkało mnie wiele miłych chwil, jeżeli o takich można mówić w odniesieniu do pogrzebu. Usłyszałam, że widać zmiany, że rok temu nie byłam dla wielu tak wiarygodna i przekonująca jak teraz. To samo usłyszałam od jednej z cioć, którą odwiedziłam tydzień po pogrzebie. Od paru osób usłyszałam, że jesteśmy z siostrą bardzo do siebie podobne, właśnie w kobiecy sposób. Coraz bardziej przekonuję się, że kuracja naprawdę działa.

Ale jest jeszcze coś. Porządkując mieszkanie po śmierci ojca, trafiłam na pewnego pluszaka. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Przytuliłam go, a wieczorem zabrałam do łóżka idąc spać. Następnego dnia nadałam jej imię Misia, bo jakąż inną płeć mogłaby mieć.

Leżąc wieczorem w łóżku z Misią i tuląc się do niej pomyślałam, jak już niewiele zostało we mnie z faceta. Zdaję sobie sprawę, że to przejaw tęsknoty. Wiem, że samej mi dobrze, ale tej bliskości z kochaną osobą jednak mi brakuje od czasu do czasu. Zwłaszcza w trudnych momentach…

Misia