Być ojcem, który jest kobietą.

19942912_1314440861988336_8019891248852157116_o

Gdy kilka tygodni temu spotkałam się z Mari w sprawie potencjalnego wywiadu, nie wiedziałam, że na naszym rynku wydawniczym jest tak niezwykły magazyn, jak „Fathers”. Gdy spotkałyśmy się klika dni później, by przeprowadzić wywiad, dostałam od Niej jeden z numerów. Bardzo mi się spodobało to, co zobaczyłam.. Wiele razy podkreślałam, ile dla mnie znaczy to, że mogłam zostać ojcem. Jak cennym był dla mnie czas, jaki z nim spędzałam. Wiele razy, także w moich książkach, poruszałam ten temat, ale zawsze był on tylko fragmentem większej całości. Tym razem mogłam się zmierzyć z tym tematem i tylko niemu poświęcić uwagę. Nie ukrywam, że ciekawa byłam, jaki będzie efekt naszej rozmowy. Kilkanaście dni później dostałam tekst do autoryzacji, i już wiedziałam, że jest super. Czytałam ten tekst z wielką uwagą i cieszyłam się, że ten temat udało nam się tak ładnie przedstawić. Dzięki temu wywiadowi mogłam na ten temat spojrzeć ponownie, z innej perspektywy, bo sama jestem w innym miejscu, niż w czasie, gdy poruszałam go ostatni raz. Jak to jest być ojcem, który staje się kobietą? Na pewno nie łatwo, ani dla Niego, mojego syna, ani dla mnie. I fakt, że był już pełnoletni, wcale tego nie ułatwił. Ułatwił oczywiście pewne decyzje, ale i tak nie było, i nie jest, bo proces ten nadal trwa, łatwe. Dlatego tak wielką wartością dla mnie jest to, ze temat ten mogłam ponownie „przerabiać” na potrzeby tego akurat magazynu, w którym kontrowersyjnych i trudnych wyborów jest sporo. W nich nie ma prostych historii, ale wszystkie pokazują, że pozostając wiernym sobie, można stworzyć coś niezwykłego. Tym bardziej jestem szczęśliwa, że dostałam szansę pojawić się w tym magazynie, bo dzięki temu, w jaki sposób on pokazuje temat ojcostwa, mogłam i ja inaczej na nie spojrzeć. Nie będę udawała, że nie miałam wątpliwości, że zawsze wiedziałam, jak powinnam postąpić, że nie popełniłam błędów. Popełniłam, i to wiele. I to w czasie, gdy wychowywałam syna, i w czasie, gdy postanowiłam zawalczyć o to, by stać się tym, kim jestem dzisiaj. Tym bardziej cieszę się, że mogłam przeczytać o tylu różnych sytuacjach bycia ojcem, o trudnych, ale jednocześnie pełnych radości i wzajemnego porozumienia relacji. Mam nadzieję, że mimo wszystko coś pozytywnego z tego, co było pomiędzy moim synem a mną, pozostało, czemu wyraz dałam też w tym wywiadzie. Jest jeszcze jeden skutek ponownego zmierzenia się z tym zagadnieniem. Utwierdziłam się w tym, co jest napisane we wstępie do wywiadu. Trzeba postępować uczciwie i w zgodzie ze sobą. Dlatego swojemu synowi powtarzam, że zawsze będę jego biologicznym ojcem. I jestem przekonana, że długa rozmowa z Mari, w dodatku wzmocniona bardzo fajną sesją w Warszawie, ostatecznie mnie utwierdziła w tym, że tak jest i tak powinno być. A teraz z przyjemnością zapoznam się z pozostałymi sylwetkami ojców wypełniające 5 numer „Fathers”.

http://fathers.pl/fathers-nr-5/

Recenzja z serca płynąca

Nie mogłam się powstrzymać, by nie zacytować tej recenzji mojej książki. Zwłaszcza, że napisała ją tak fajna, niezwykła dziewczyna, z którą wypiłyśmy piwo i śpiewałyśmy stare polskie rockowe hity piątkowy wieczór w przytulnej knajpce na Starym Rynku w towarzystwie jeszcze dwóch cudownych dziewczyn, Ali i Margaret.

17814218_1227733760659047_5863111258384581080_o

Gdy słyszę lub czytam takie słowa, wiem, że mimo wszystkich słów krytyki, z jakimi spotkała się moja historia odkrywania i zrozumienia siebie, tego, kim jestem, że warto było. I że spełnia ta historia ten cel, jaki mi przyświecał, gdy postanowiłam ją wydać.

Monika, dziękuję za te ciepłe słowa <3

„Ania (Lukrecja Kowalska),właśnie przeczytałam, a właściwie ,,połknęłam” w jeden wieczór Twoją książkę ,,Lukrecja w ciele Krzyśka” i jestem pod mega wrażeniem. Na temat transseksualizmu nie ma w Polsce literatury, a Ty w przystępny sposób pozwoliłaś mi choć troszkę zrozumieć problemy, z jakimi muszą się borykać w naszym społeczeństwie osoby urodzone w ciele innej płci. Podziwiam Twoją odwagę i siłę w podejmowaniu trudnych tematów. I to co robisz dla siebie i innych. Dotychczas miałam dość mgliste pojęcie na temat transpłciowości. Dzięki za cenną lekcję psychologii, samoakceptacji, tolerancji.Jesteś bardzo sympatyczną, inteligentną i przebojową osobą. A książka, mimo niełatwych zagadnień, napisana jest lekko i dla każdego, kto chce zrozumieć i czegoś się na ten temat dowiedzieć. Fajnie było Cię poznać i poznać Twoją historię.Gratuluję i pozdrawiam.”

„Nowy świat”

PLAKAT NOWY_ŚWIAT_OSTATECZNY mały_07B3159_20150222_nowy_swiat_borys_fotosy

Filmów poruszających temat transseksualizmu, zwłaszcza na gruncie polskim, jest bardzo mało, więc pojawienie się kolejnej pozycji wzbudziło oczywiście moje zainteresowanie. Film co prawda nie do końca jest polski, ale dzieje się u nas i porusza ważny, zwłaszcza w ostatnim czasie, temat uchodźców i obcokrajowców. Nie chce odnosić się do tego aspektu. Dlatego dwie pierwsze nowele pozostawiam bez komentarza. Także trzecia, „Wiera”, poruszająca temat transseksualizmu, interesowała mnie ze względu na przedstawione relacje rodzinne na linii syn-ojciec/matka-ojciec/dziadek. To, że Wiera jest obcokrajowcem nie ma dla mnie znaczenia i nie o tym piszę. Obserwowałam historię nie patrząc na narodowość, ale odnosząc ją do miejsca akcji, tak mi bliskiej, bo sama żyję w tej samej rzeczywistości, co bohaterowie noweli.

Przeczytałam w jednej z recenzji, że akcja rozwija się jak w antycznym dramacie, i faktycznie, sama odniosłam takie wrażenie. Przez cały czas zastanawiałam się, jaki będzie kolejny krok, w którą stronę akcja zostanie poprowadzona. Nie miałam problemu z wczuciem się w ta sytuację, bo do pewnego stopnia przypomina moją, co prawda na innym etapie, bo u mnie była mama i już pełnoletni syn. Jednak potrafiłam zrozumieć dylematy całej trójki, wczuć się w nie, utożsamić się z nimi. Potrafiłam poczuć emocje towarzyszące pytaniom : nie chcesz być moim tatą?, co ja mam zrobić, szykowałam się do tego momentu dwa lata?, czy poleceniom, wyrzutom : spójrz na siebie, przebierz się, nie przynoś mi wstydu. Wyjaśnieniom : miałem twardą rękę, ale chciałem, byś wyrósł na ludzi.

Potrafiłam wczuć się w strach ojca i córki, gdy syn i wnuk zaginął i nie wydaje mi się sztuczne to, że ta sytuacja nieco ich zbliżyła, dała podstawy do dalszej drogi. Cieszę się, że film kończy się tak, jak się kończy, bo dla nas, osób transseksualnych, często bardzo pokancerowanych, taki pozytywny wydźwięk jest potrzebny, daje nadzieję i wiarę, że się da. Zdaję sobie sprawę, że to sytuacja mniejszościowa, w realu częściej bywa odwrotnie, o wiele smutniej, gorzej, beznadziejnie, ale tym bardziej takie pozytywne przesłanie, zwłaszcza w obecnej rzeczywistości naszego kraju, jest bardzo potrzebne. Ja oczekiwałam takiego rozwiązania od momentu, gdy problem operacji postawił sytuację na głowie i nie uważam, że spełnienie moich oczekiwań, rzadko spotykane w realu, było czymś złym. Jednak nie zmienia to faktu, że ta krótka nowela pokazała jedną z trudniejszych sytuacji, jaka dotyka rodziny, w których jest osoba transseksualna i dobrze, że akurat tak trudny temat został poruszony. I dobrze, że nie było próby wyjaśnienia, dlaczego Wiera jest tutaj a syn z matką był tam. jak będzie wyglądała sytuacja prawna po operacji a propos wychowania syna. Nowela skupiła się na tu i teraz, na konkretnej sytuacji, która w przeciągu kilkunastu godzin odmieniła życie trójki związanych ze sobą więzami krwi osób.

Bardzo polecam ten fragment filmu „Nowy świat” wszystkim tym, którzy problem transseksualizmu chcieliby poznać z kolejnej strony.

_07B2114_20150217_borys_fotosy_07B2283_20150217_nowy_swiat_borys_fotosy_20150218_netsize_0_07B1012_20150215_borys_fotosy_07B2781_20150219_nowy_swiat_borys_fotosy

 

 

 

„Chłopiec w czerwonej sukience”

Chłopak w czerwonej sukience

Taka mnie dzisiaj naszła refleksja, że wiem, dlaczego mój udział w niedawno zorganizowanym konkursie literackim przeszedł bez echa. Ja nie jestem literatką, nie umiem pisać pięknie i abstrakcyjnie, bo ja po prostu nie lubię takiej literatury. A nie mogę być przekonująca w czymś, czego nie czuję, więc już nie będę startowała w takich konkursach. Ja uwielbiam prostotę przekazu. Nawet, jeżeli to fikcja, to musi być napisana tak, by wydawało mi się, że czytam zapis autentycznej historii. Wtedy ta historia mnie wciąga i nie pozwala się oderwać. I cały czas, trafiając na taką pozycję, tylko w tym się upewniam. Moja przygoda z taką literaturą, wyrwaną często z najgłębszych zakamarków duszy i podająca autora otwarte serce na dłoni, zaczęła się od książki Kariny Kończewskiej „Droga do marynarza”. Potem była „Dziewczyna z portretu”. „Mam na imię Ania” Ani Grodzkiej i „Brudny róż” Kingi Kosińskiej. Historie prawdziwe do bólu, bez zbędnych ozdobników. Taka literatura do mnie najmocniej przemawia i taką właśnie tworzę. I chyba dlatego od roku nie przeczytałam całego zbioru „Namaluj mi wiatr”, chociaż częściowo już mam ją za sobą. Jednak do tej refleksji sprowokowała mnie kolejna książka. Przyznam się, że długo się wstrzymywałam, gdyż jestem tak do bólu binarna, że bałam się czytać o tym, że ktoś pragnie tego, czego ja nienawidzę w sobie. Bałam się,że nie będę umiała jej przeczytać tak, jak powinnam. W pewnym momencie zdałam sobie jednak sprawę, że skoro chcę pomagać, skoro chcę kiedyś pracować jako psycholog, oczywiście z osobami trans także, nie mogę uciekać przed drugim biegunem. I wtedy zamówiłam książkę Macieja Lotera „Chłopiec w czerwonej sukience”. Gdy usiadłam do niej, nie przeczę, byłam w stanie się oderwać, ale czytałam ją dwa dni i praktycznie od połowy już nie potrafiłam jej odłożyć. Kolejna pozycja, która poruszyła mnie do głębi i pierwszy raz odkryła przede mną tak pięknie, a jednocześnie tak prosto, drugą stronę. Kończąc ją ze zdumieniem uzmysłowiłam sobie, że ani przez moment nie miałam takich odczuć, jakich się obawiałam. Potrafiłam wejść w skórę Macieja i iść z nim krok za krokiem w trakcie całej Jego długiej drogi. Sama mam za sobą własną autobiografię, więc doskonale rozumiem Jego obawy i nadzieje. Jednak najgoręcej chcę podziękować Maciejowi za to, że postanowił ją napisać i dać swoją historię nam wszystkim. I mogłabym tylko dodać do zakończenia Jego książki, że tak, słowa to tylko słowa, zostawmy je, niech przebrzmią, bo one nam krzywdy nie zrobią, jak im na to nie pozwolimy. Ale jednocześnie pozwalajmy naszym słowom docierać wszędzie, bo one mają ogromną moc i być może ktoś pozwoli, by te słowa zagościły w jego sercu i umyśle i pomoże mu to zrozumieć nas. Im więcej tych słów z głębi trzewi, z głębi serca i duszy, bez upiększeń, z nagą prawdą, tym większa jest nadzieja, że ludzie zastanowią się, dlaczego jedna dziewczyna walczy 15 lat z chorobą i wreszcie znajduje swojego Marynarza i swoje szczęście, w które czasami wątpiła; dlaczego wiele osób stawia wszystko na szali, by móc być sobą, dlaczego osoba niepełnosprawna nie załamuje się, tylko podejmuje trud rehabilitacji, i dzisiaj, 8 lat po wypadku i wszczepieniu endoprotezy stawu biodrowego nie pamięta, że ją ma; dlaczego ktoś poddaje się bolesnej, drogiej, grożącej komplikacjami operacji, dlaczego rezygnuje świadomie z macierzyństwa i skazuje swoje ciało na trucie lekami do śmierci; dlaczego wreszcie tak wielu nigdy nie podejmie tego ryzyka i u kresu swego życia zada sobie pytanie, czemu, dlaczego, w imię jakich wartości zrezygnowałem(-ałam) z walki o siebie. Autorzy, których wymieniłam dają nam wszystkim na to odpowiedź. I chwała im za to !

PS. Chciałabym jeszcze coś dodać. Ja nie uważam wcale, że te książki są literacko prymitywne, że czegoś im brakuje. Ja je czytam za szybko, by zastanawiać się, czy mogłoby to być napisane lepiej, czy są jakieś literówki, czy budowa stylistyczna jest prawidłowa. Nie interesuje mnie to. Czytam i słucham siebie. Słucham swoich reakcji i na tej podstawie oceniam, czy przemówiła do mnie czy nie. I tylko to się dla mnie liczy przy ich ocenie. Albo mnie „wywróciły” na lewą stronę albo nie. One wszystkie tego dokonały.

Manifestacja „Chcemy mieć wybór” i spotkanie z Kingą Kosińską

P1040553

Grupa Stoneweall z Poznania w swoim cyklu Stonewall rozmawia zaprosiła Kingę Kosińską by porozmawiać o Jej książce „Brudny róż”. Nie mogłam przegapić tej okazji.

Okazało się, że tego samego dnia na Placu Adama Mickiewicza była manifestacja przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Bardzo się ucieszyłam, że mogłam także w niej wziąć udział. Nie jestem zwolenniczką przerywania ciąży, ale nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł odgórnie zakazywać dokonania jej w każdym wypadku, nie licząc się z zagrożeniem dla kobiety. Jak można ratować życie narażając lub pozbawiając życia. Uważam, że każda kobieta w tak trudnej sytuacji powinna móc sama zdecydować wsparta rzetelnymi badaniami. To tylko Jej i Jej najbliższych decyzja, nie polityków wspieranych, niestety, a wręcz inspirowanych, przez kościół katolicki. Na szczęście nie cały. Właśnie tej mojej opinii chciałam dać wyraz poprzez uczestnictwo w manifestacji. I dałam.

Do tematu wiary wróciłam w rozmowie z Kingą, już po spotkaniu w Klubokawiarni Meskalina, gdy zajadałyśmy różne specjały w pizzerii. Tak jak przypuszczałam, Kinga szuka swojej drogi do Boga w kościele. Fajnie, że mogłyśmy o tym zupełnie spokojnie porozmawiać. Ja jestem jednak bardziej radykalna i dla KK w moim życiu miejsca już nie ma.

Ania z Grupy Stonewall poprowadziła spotkanie bardzo rzetelnie. Dowiedziałam się wiele o Kindze, o Jej książce, o Jej przemyśleniach i planach. Fajne też były pytania gości. Przekonałam się, jak ważne jest to, że postanowiła powiedzieć o sobie i utwierdziła mnie tylko w moich planach związanych z moją książką, zwłaszcza, jak powiedziała, że bardzo na nią czeka. Pojawił się też temat tego, kim się czuje po przemianie. Sama jakiś czas temu marzyłam o tym, że jak przejdę korektę, będę starała się odciąć od przeszłości. Dzisiaj już wiem, że tego nie zrobię. Raz, że nie da się, poza tym, ja tego nie chcę. Wiem, kim jestem, kim byłam i kim będę. Cały bagaż, jaki niosę za sobą składa się na moją osobowość, na to, kim jestem dzisiaj i kim będę w przyszłości. Chcę także pomagać, wyjaśniać, tłumaczyć. A mogę to robić rzetelnie tylko wtedy, gdy się nie odetnę od przeszłości, od tego kim byłam, kim jestem. Jestem trans kobietą i pozostanę nią do końca życia, bez względu na to, co będę miała w dowodzie. Dostałam od Kingi wspaniałą dedykację w książce i usłyszałam wiele ciepłych słów pod swoim adresem. Aż żal było opuszczać to wspaniałe grono, ale czas biegł nieubłaganie, a ja musiałam wrócić do siebie, bo następnego dnia szłam do szpitala.

„Dziewczyna z portretu”

FILM-Dziewczyna-z-portretu
Od momentu, gdy pojawiły się wiadomości o filmie, niecierpliwie czekałam na możliwość zobaczenia go. Przeczytana dwa lata temu książka tylko ten apetyt zaostrzała.
I gdyby nie wiadomość od przyjaciółki, przegapiłabym seansy w moim mieście. Ale na szczęście tak się nie stało i pojawiłam się w kinie. Jakie było moje zdziwienie, gdy po chwili na salę weszła akurat ta moja przyjaciółka, od której dowiedziałam się o seansach w towarzystwie swojej koleżanki.
Spodziewałam się łez, ale próbowałam się hamować. Nie dałam rady…
To było niezwykłe przeżycie. Siedziałam i widziałam siebie…Jak doskonale potrafiłam się w czuć w rozterki Einara, a potem Lili. Najwięcej jednak wzruszenia dała mi postawa Grety.
Książka tak mnie nie poruszyła, zapewne dlatego, że dwa lata temu byłam w zupełnie innym miejscu swojej drogi i nie potrafiłam w pełni pojąc pewnych sytuacji. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Doskonale odbierałam gesty, spojrzenia, niewypowiedziane słowa.
Gra Eddiego Redmayne’a i Alicii Vikander porusza do głębi. Już po emisji filmu pojawiła się, zwłaszcza w środowisku tran dyskusja, czy role Lili powinna grac osoba cis czy trans. Nie wypowiadałam się, bo nie widziałam filmu. Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że dla mnie nie ma to znaczenia, ponieważ Eddie był tak przekonywający w swej roli, że ani przez moment nie miałam wątpliwości w odbiorze autentyczności pokazywanej przez Niego przemiany. Nie miałam ani przez moment wątpliwości, że jest autentyczną Lili. Dla mnie był w 100 procentach autentyczny. Dla mnie osobiście najbardziej kobiecy był w scenie, gdy na prośbę Grety Lili spróbowała po raz ostatni zwrócić Einara Grecie. Gdy Lili siedziała w koszuli i spodniach z szelkami na kanapie, całą sobą, pozą, spojrzeniem była Nią, była Lili. Ta scena najmocniej w moim odczuciu pokazuje, jak silna następuje identyfikacja płci psychicznej, gdy już odkrywamy tą prawdę i przyjmujemy ją do świadomości. Wtedy już nie ma znaczenia, co mamy na sobie, co próbujemy pokazać, powiedzieć, zagrać. Z każdego gestu, postawy, widać po prostu, kim jesteśmy. Scena pobicia w parku tylko dobitnie i jaskrawo potwierdza ten fakt. Próba zagrania roli, która jest już dla nas obca, jeszcze szybciej sprowadzi na nas kłopoty, bo wtedy właściwie kim jestem ?
Sama wielokrotnie przekonałam się o tym, że w czasach, gdy jeszcze nie do końca mogłam być cały czas w pełni sobą, próby znalezienia czegoś pośrodku nie dawały mi satysfakcji, często budziły frustrację i narażały na częste ataki. Nie ma tego w moim życiu teraz, tak, jak nie było w życiu Lili, gdy w pełni zaczęła żyć w zgodzie ze sobą. Oczywiście, bardzo mnie bolało, gdy raniła swoimi słowami Gretę. Sama wiem, jak taka sytuacja wpływa na relacje. Jak często najpierw trzeba coś popsuć, by ruszyć dalej. I tu wręcz niezwykła postawa Grety, która mimo wszystko tak kochała Einara, a potem Lili, chociaż chyba bardziej po prostu człowieka, który był jej kimś szczególnie bliskim, że potrafiła wznieść się ponad i być z Lili do końca. Przez łzy patrzyłam na spokojne oblicze Lili, która odeszła po pożegnaniu z Gretą. Odeszła szczęśliwa, bo była sobą w pełni. Jak ja ją doskonale rozumiem. Chociaż przez chwilę być sobą w pełni…
sam seans był dla mnie niezwykłym przeżyciem, tym bardziej, że wspaniała gra autorska dostarczyła tych doznań, których książka nie potrafi przekazać. Wielokrotnie Eddie samym gestem, spojrzeniem oddawał to, co w innym wypadku trzeba byłoby opisywać potokiem słów, a i tak nie osiągnęłoby się takiego efektu.
Ale dla mnie przeżycia tego filmowego wieczoru nie skończyły się w momencie zapalenia świateł.
Cała drogę powrotną mogłam odpowiadać na wiele pytań i tłumaczyć zawiłe problemy osób transseksualnych. I po raz kolejny przekonałam się, jak ważna jest edukacja. Ludzie, którzy nie maja na co dzień do czynienia z problemami osób trans potrzebują wyjaśnienia przynajmniej podstawowych zagadnień. Cieszę się, że mogłam ten tak ważny seans spędzić w towarzystwie dwóch wspaniałych kobiet i naświetlić im kulisy świata osób takich jak Lili i ja.
Teraz czekam niecierpliwie, kiedy „Dziewczyna z portretu” pojawi się na DVD.

http://www.filmweb.pl/film/Dziewczyna+z+portretu-2015-493475

„O płci od nowa”

Opis

Projekt tej książki powstał w 2013 roku. Wtedy też napisałam autobiograficzne opowiadanie do niej. Głównym zamysłem autorki, Ani Kłonkowskiej, było zdjęcie martyrologii z bycia osobą transpłciową. Poproszono nas, byśmy napisali opowiadania przepojone entuzjazmem i optymizmem, mimo problemów, z jakimi się borykamy.

Teraz, gdy przeczytałam już swój egzemplarz autorski, mogę śmiało potwierdzić, że tak jest. Opowiadania są bardzo różne, ale łączy je właśnie ten optymizm, nieraz większy, nieraz słabszy, ale jednak obecny.

Dla mnie osobiście bardzo ciekawa była pierwsza część książki, w której autorzy przedstawiają w bardzo przystępny i rzetelny sposób to, kim są osoby transpłciowe. Jak one siebie samych postrzegają. Skąd się bierze takie a nie inne postrzeganie. Jakie pułapki i niebezpieczeństwa czyhają, zwłaszcza w pierwszym okresie odkrywania prawdy o sobie. W wielu fragmentach tej części odnalazłam siebie, swoje obawy, błędne interpretacje, także zupełnie mi do tej pory nie znaną uwewnętrznioną transfobię, którą odnalazłam także w sobie.

Wielką zaletą tej książki jest to, że jest ona kierowana głównie do osób, które nie pojmują, kim są osoby transpłciowe. Dzięki tej pozycji na pewno będą mogły lepiej zrozumieć nasz świat. Nie mniej, może ona być także niezwykle pomocna osobom transpłciowym w różnym wieku w zrozumieniu różnych mechanizmów, które kierują naszym postępowaniem i pomóc zrozumieć, dlaczego daną sytuację widzimy tak a nie inaczej. I dlaczego reagujemy tak, albo tak.

Nasz świat jest bardzo kolorowy, zróżnicowany, niejednoznaczny, niebinarny i ta książka pokazuje to w bardzo dobry sposób.

http://wyd.ug.edu.pl/oferta_wydawnictwa/52736/o_plci_od_nowa_wlasna_tozsamosc_oczami_osob_transplciowych

„Brudny róż” i moje przemyślenia

CAM02386

Bardzo dziękuję Kindze, że napisała te wspomnienia. Dzięki nim zobaczyłam, w bardzo otwarty i szczery sposób opisane to, co dzieje się w trakcie korekty, i co dzieje się potem.
I wdzięczna jestem losowi za to, jak to wszystko się u mnie ułożyło.
Sama książka jest niezwykła i polecam ją każdemu, kto chce chociaż trochę zrozumieć nasz świat, świat osób trans. Pojąć, przez co musimy przechodzić i jak ciężko jest iść przez życie. Dla mnie najważniejsze jest przesłanie, jakie wychodzi z kart książki. Sama tranzycja, zmiana dokumentów, operacje nie powodują automatycznie, że świat zacznie nas postrzegać inaczej. Zresztą przykład Kingi nie jest jedyny, wystarczy przypomnieć sobie ataki i niewybredne teksty pod adresem Ani Grodzkiej, wypowiadane także, niestety, przez jej koleżanki i kolegów posłów. Kinga pokazuje, jak ważne jest dobre przygotowanie się do życia w nowej roli społecznej, na przekór wszystkim, którzy próbują nam to wyperswadować. Jak ważna jest prawidłowa i nie pozbawiona empatii, diagnoza ze strony specjalistów. Jak niesłychanie ważne jest środowisko, w którym się obracamy. I jak niesłychanie dużo siły trzeba mieć, żeby sprostać wyzwaniu, które stoi przed nami. Ja potrafię wczuć się w pragnienie Kingi, by skończyć z tym wszystkim, bo sama wiele lat temu to przeżyłam. Dosłownie w ostatnim momencie skręciłam kierownicą z powrotem na drogę…I chociaż w moim przypadku nie było to związane z moim transseksualizmem, tylko z bardzo trudną pod względem finansowym sytuacją rodzinną, pamiętam do dziś, co wtedy czułam, i jak dojrzewałam całą, dwustukilometrową drogą za kierownicą w śnieżną mroźną noc. Dlatego potrafię zrozumieć to pragnienie, ale jednocześnie nie uważam, że to jest wyjście. Dla mnie to ucieczka, za którą nie ma już nic. Nic nie osiągnę, niczego nie wyjaśnię, niczego nie przeżyję. Obecnie mogę podobnie jak Kinga powiedzieć, że ktoś inny tą decyzję podejmie za mnie. Ja też znalazłam w ostatnim czasie siłę w wierze, do której wróciłam. Głównie w imię miłości, której tak pragnę i poszukuję, a wiem już, że Bóg i Jego Syn kochają mnie bezwarunkowo i ja chcę tą miłość chłonąć i przekazywać dalej.
Z opowieści Kingi jest dla mnie jeszcze jeden ważny fakt. Nie tak dawno, gdy zapoznałam się z poradnikiem dotyczącym aspektów prawnej korekty płci, przeraziłam się, jak to skomplikowane i kosztowne. Przykład Kingi, która swój proces sądowy przeszła już wiele lat temu, dał mi ponownie nadzieję, że nie będzie tak źle. Niestety, nie mogę liczyć na wsparcie, jakiego dostała Kinga od swoich rodziców, moja mama już nie żyje, a ojciec jest poza. Nie wychodzi z domu, nie leczy się. Nie mam pojęcia, jak to wszystko będę musiała przeprowadzić, gdy przyjdzie już czas rozprawy sądowej.
Jednak najważniejszy wniosek, jaki wysnułam z opowieści Kingi, to to, jak przygotowani jesteśmy, mentalnie, fizycznie, psychicznie do rozpoczęcia nowego życia. I tutaj jestem bardzo szczęśliwa, że zanim w ogóle pomyślałam o tranzycji, żyłam już jako kobieta 24h na dobę od kilku miesięcy. Także moje obie Panie, które mnie diagnozują, to zupełnie inny poziom empatii, podejścia do mego problemu i wsparcia, które dostaję od Nich non stop, niż to, co doświadczyła Kinga.
Bazując na własnych odczuciach, na własnych doświadczeniach, jestem tym bardziej pełna podziwu, że Kinga potrafiła wrócić do życia, bo dla mnie to tak wygląda. I jest jeszcze jeden ważny fragment tej opowieści. Kindze dużo dało obcowanie z chorymi. I tutaj ponownie potrafię się wczuć i zrozumieć. Sama, gdy robiłam kurs opiekunki, miałam praktyki w Domu Pomocy Społecznej. A po ukończeniu kursu przez kilka lat pracowałam z osobami potrzebującymi pomocy. Musiałam zmierzyć się z ich fizycznymi ułomnościami, co już samo w sobie było niekiedy bardzo trudne, ale przede wszystkim, zmierzyć się z blokadami psychicznymi ludzi, którzy nagle zostali wyrwani ze swojego dotychczasowego życia lub obserwować, jak powoli tracą coraz bardziej kontakt ze światem.
Obcowanie z takimi ludźmi, czy to poprzez wspólne przebywanie z nimi na oddziale szpitalnym, czego też doświadczyłam, gdy po wypadku leżałam w szpitalu i czekałam na operację założenia endoprotezy stawu biodrowego, a po operacji uczyłam się chodzić i obserwowałam, jak inni pacjenci na sali i oddziale, z mniejszym lub większym skutkiem wracali do w miarę normalnego życia; (niestety, wielu z nich już nigdy nie rozstało się z kulami. Mi to się na szczęście udało i obecnie tylko niekiedy odczuwam, że mam tą endoprotezę); czy to poprzez opiekę nad nimi, daje niezwykle wiele siły. Myślę, że dobrze interpretuję przesłanie Kingi, że obcowanie z tymi ludźmi pomogło spojrzeć Jej inaczej na swoje problemy, i dzięki temu, łatwiej sobie z nimi poradzić.
Tak stało się na pewno w moim przypadku. Zwłaszcza, gdy dopiero odkrywałam to, kim jestem, i prawie że na każdym kroku spotykałam się z szykanami, ostracyzmem, wykluczeniem, pogardą, wtedy znajdowałam siłę w tym, co robię. Mówiłam sobie, co wy wiecie o mnie, obrzucając mnie wszystkimi dostępnymi inwektywami. Jak zachowalibyście się na moim miejscu, gdybyście musieli pomóc 140 kilogramowemu byłemu hokeiście, który poruszał się na wózku i był po wylewie jednostronnie sparaliżowany, pomóc w ćwiczeniach, zrobić transfer z wózka do łóżka i z powrotem, pomóc mu się ubrać, spacerować wiele kilometrów dziennie. I na koniec usłyszeć od jego matki, gdy opuszczałam to miejsce (wiedziała już, że kim jestem), że nadal nie może zaakceptować w pełni tego, kim jestem, ale to nie ważne. Dla Niej najważniejsze jest to, jakim jestem człowiekiem, i jakim byłam opiekunem Jej syna. W Jej ocenie najlepszym z dotychczasowych.
Nasz droga ku sobie zmierza najróżniejszymi ścieżkami, które niekiedy się krzyżują, gdyż przez to, kim jesteśmy. Pojawia się wiele podobnych sytuacji, ale jeszcze więcej jest różnic, bo to, że jesteśmy osobami transpłciowymi nie daje nikomu prawa wrzucać nas do jednego worka i odgórnie ustalać, co jest dla nas dobre a co złe. Albo, co niestety, jest naszym najczęstszym udziałem, dawać nam do zrozumienia, że najlepiej, gdyby nas w ogóle nie było. Niestety w przeciwieństwie do ich poglądów, my jesteśmy żywymi ludźmi, wrażliwymi, odczuwającymi ból, gdy ktoś nas atakuje, radość, gdy spotyka nas szczęście. Czy my się różnimy w swoich pragnieniach i odczuciach od innych ludzi ?
My tylko pragniemy żyć i opowieść o właśnie jednej z takich egzystencji powinna znaleźć się w spisie lektur szkolnych, bo ona naprawdę uczy empatii, człowieczeństwa, wrażliwości. I wcale nie jest tutaj najważniejsze, że pokazuje tu losy osoby transseksualnej. Wprost przeciwnie. Pokazuje, jak wielopoziomowe jest człowieczeństwo i ile bólu sobie nawzajem zadajemy.
W imię czego ? W imię sprostania wymaganiom innych ? A gdzie nasze prawo do samostanowienia ?
Na szczęście Kinga pokazuje, że nawet w najtrudniejszych przypadkach warto walczyć o siebie. I wygrywać. I ja, tak jak Ona, zamierzam wygrać.

Kinga Kosińska „Brudny róż”